Był
rok 1990 lub 1991, dokładnie nie pamiętam. Rok później miała wybuchnąć wojna w
Bośni i Hercegowinie, ale wtedy – na przełomie dwóch dekad – nic nie wskazywało
na to, że w tak krótkim czasie dojdzie do najbardziej krwawego w Europie konfliktu XX
wieku od zakończenia II wojny światowej.
To
były czasy moich studiów, beztroskich lat, szalonych pomysłów i wędrówek z plecakiem
w nieznane. Przyjaźniłam się wtedy z koleżanką z roku, pół-Serbką, pół-Polką.
Jej tata był pod koniec lat 60. ambasadorem Jugosławii w Polsce, tu poznał jej
mamę i z tego związku przyszła na świat Ania. Wydarzenia 1968 roku spowodowały
odwołanie ambasadora ze stanowiska. Malutka Ania została z babcią, a jej
rodzice wyjechali do Jugosławii. Nie widziała ani mamy, ani taty przez 5
pierwszych lat swojego życia. Do babci mówiła ”mamo”, a biologiczną mamę, która
po nią przyjechała w 1973 roku nazywała „ciocią”. Brak więzów, które w wyniku
długiej rozłąki nie wykształciły się między nimi doskwierały im bardzo długo.
Ania po wielu latach wróciła do Polski jako studentka zagraniczna i razem z
nami studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.
Zawsze
była szalona, jej charakter to był mix polsko-bałkański. Ułańska fantazja
zmieszana z homo balcanicus. Pewnego dnia stwierdziła, że mamy wolne dwa
tygodnie, więc zabiera mnie i naszego kolegę z Instytutu Dziennikarstwa do domu
rodzinnego w Belgradzie. To nie był jeszcze czas telefonów komórkowych, ale
telefony stacjonarne istniały w naszym kraju i można było się dodzwonić
zagranicę. Ania zawsze dzwoniła z urzędu pocztowego na rogu Marszałkowskiej i
Świętokrzyskiej, bo w akademiku nie miała takich możliwości. Razem z Piotrem
uznaliśmy, że przyjaciółka powiadomiła rodziców o naszym przyjeździe i
spokojnie zaczęliśmy się szykować do podróży.
To
był naprawdę szalony wyjazd. Dojechaliśmy pociągiem do Budapesztu, a stamtąd
wyruszyliśmy autostopem. Ania roztaczała przed nami wizje cudownej Jugosławii,
zawsze „skąpanej” w słońcu, w której deszcz pada sporadycznie i raczej przez
przypadek. W jej opowieściach Jugosławia była rajem, miejscem kompletnie różnym
od Polski. Łatwo w to uwierzyliśmy, bo tuż po „przewrotce” Polska nie od razu stała
się metropolią europejską. Wtedy jeszcze ulice był szaro-bure, tylko my Polacy
zawsze byliśmy „kolorowymi ptakami”, bo taką mamy duszę.
Złapaliśmy
na stopa samochód, który był trochę „rzęchem”, ale kierowca zdeklarował się, że
dowiezie nas do Belgradu. Jechaliśmy przez Wojwodinę, która tak naprawdę jest
osuszonym dnem morskim. W tym miejscu w prehistorycznych czasach było morze.
Pamiętam ją jako płaską jak deskę równinę, dno morskie musiało być wyjątkowo
równe. Jak wiemy, dno najczęściej nie jest równe, a to stanowiło odstępstwo od
reguły.
Piotr
bardzo przytomnie zabrał ze sobą mapę Jugosławii, którą bardzo "namiętnie"
studiował przez całą drogę. Na całe szczęście, bo w ten sposób zorientował się,
że kierowca nie jedzie wcale w kierunku Belgradu, tylko w kompletnie inną
stronę. Powinniśmy od razu zorientować się, że coś jest nie tak. Wygląd tego
człowieka powinien nas zastanowić: złote zęby, częściowy brak uzębienia
przedniego, złote łańcuchy. Po prostu postać z filmów Kusturicy. Zażądaliśmy,
żeby się zatrzymał przy stacji kolejowej. On nie bardzo się do tego „palił”,
ale Ania go zbeształa po serbsku i to podziałało. Wyszliśmy z rzęcha i
zobaczyliśmy przed nami stacyjkę kolejową, „żywcem” wyjętą z filmu „Skrzypek na
dachu”. To jeden z ukochanych moich filmów, który mogę oglądać w
nieskończoność. Drugim moim ukochanym filmem jest „Hair” Milosa Formana.
Pamiętacie
scenę, w której Tewje Mleczarz żegna swoją córkę Chawę, bo ta wyjeżdża do
swojego rosyjskiego chłopaka Fiedki? Odprowadza ją na stację, na której są
tory, które nie wystają z ziemi oraz wiata, zbita z kilku desek. Przed taką
samą stacją my wtedy staliśmy. Żadnego dróżnika, szlabanu, znaku. Stacyjka
„wyjęta” ze „Skrzypka”. Wiele scen kręcono w Zagrzebiu, stąd pewnie
podobieństwo.
Co
prawda przy stacyjce powinno być ostrzeżenie, że „Tu wrony zawracają”, ale
pociąg się zatrzymał i mogliśmy do niego wsiąść. Belgrad przywitał nas deszczem,
co nas bardzo ubawiło, bo przecież Jugosławia miała być „skąpana” w słońcu, a
deszcz miał tam padać sporadycznie. Równie „miłe” było powitanie w rodzinnym domu
Ani. Jej mama, nasza rodaczka o duszy słowiańskiej ucieszyła się na nasz widok.
Mogła wreszcie porozmawiać z kimś po polsku, ale tata urządził Ani awanturę.
Okazało się, że nie zawiadomiła ona rodziców o naszym przyjeździe. W latach 90.
w Jugosławii wyczuwało się obyczajowy konserwatyzm, obowiązywały normy zachowań
z poprzedniego stulecia. Nie mogłyśmy same pójść do kawiarni. Gdy do jednej z
nich weszłyśmy bez Piotra, zostałyśmy „zabite” wzrokiem. Kilkunastu mężczyzn
spojrzało na nas równocześnie, a ich wzrok jakby pytał „A Wy tu co?”. Fatalne
uczucie, ale taki wybryk był niczym przy numerze, który wykonała Ania,
przywożąc kolegę ze studiów do rodzinnego domu. Myślałam, że ojciec ją zabije.
Muszę przy tym wspomnieć, że był on prawdziwym Czarnogórcem, impulsywnym,
niezbyt dobrze wychowanym, który uważał, że wszystko mu się należy, bo jest
dyplomatą. Ciężki miała Ania z nim żywot, oj, ciężki. Następnego dnia po naszym
przyjeździe stwierdził, że mamy obowiązek zameldować się tymczasowo i wysłał
nas na komendę milicji. Przy okazji wstąpiliśmy z Anią na pocztę i do kilku
sklepów, i wszędzie tam wisiały na ścianach portrety Josipa Broz Tity, który od
10 lat już nie żył, a jednak kult jednostki był tam tak silny.
Brak
więzów między mamą a córką dał się wyczuć nie raz, choćby w tak głupiej
sytuacji. Ania miała wyskoczyć do sklepu
po gotowe ciasto na roladę. To było surowe ciasto jugosłowiańskie (tak je
nazywali) przeznaczone do wypieku rolad. Naprawdę pysznych! Podczas jej
nieobecności w domu przed budynkiem doszło do wypadku. I jak zareagowała jej
mama, gdy wróciła? Powiedziała: „A coś Ty znowu zrobiła?” - tak, jakby to ona ten wypadek spowodowała.
Zwiedziliśmy
cały Belgrad. Widzieliśmy, w jakiej symbiozie żyją różne mniejszości narodowe i
uwierzyliśmy Ani, że ich przedstawiciele są w stanie się dogadać. Byliśmy pod
wrażeniem. Często spotykaliśmy małżeństwa mieszane, uśmiechniętych ludzi. Pół
roku później gościłam w moim rodzinnym domu Anię z rodzicami. Wtedy już
rozmawialiśmy o tym, że na Bałkanach zaczyna się źle dziać. Byłam w szoku. Utkwiło mi w pamięci zdanie jej mamy, która
powiedziała, że mieszkańcy Jugosławii nie będą do siebie strzelać. Oni wyciągną
z kufrów maczety i zaczną się wyrzynać. To straszne, ale jej słowa – jak wiemy –
ziściły się. Sąsiedzi rodziców Ani, których przez dwa tygodnie spotykałam w
windzie i na klatce schodowej pozabijali się nawzajem. Mąż dźgnął nożem żonę …
w wieżowcu na osiedlu w dzielnicy Novi Beograd. W nowoczesnym budownictwie doszło
do mordu na tle narodowościowym. Kiedy o tym czasami pomyślę, to nadal nie mieści
mi się w głowie, że do tego doszło. Wojna trwała 3 lata i objęła swym zasięgiem
nie tylko Bośnię i Hercegowinę. W tym czasie zdążyłam skończyć studia i podjąć
pracę w TVP S.A. Jako wydawca Jedynki nie raz miałam długie dyżury, bo np.
obawiano się nalotu na Sarajewo w związku z koncertami na całym świecie, które
były aktem solidarności z cywilami, narażonymi na skutki wojny. Siedziałam
wtedy w reżyserce, oglądałam doniesienia i włos mi się na głowie jeżył, bo
przecież nie tak dawno było tam normalnie, przynajmniej turyści nie odczuwali
zagrożenia i w bardzo krótkim czasie pokój się skończył. Teraz gdy patrzę na
tamte wydarzenia z perspektywy czasu, to widzę, że w Jugosławii zaczęło się
psuć o wiele wcześniej, ale wtedy w 1990 lub 1991 roku czuliśmy się tam
bezpiecznie.