sobota, 20 czerwca 2015

Zanim zapłacisz karę, dobrze obejrzyj mandat!



Dziś byłam u dentysty dwa razy. I wcale nie oznacza to, że tak dużo dentysta miał do zrobienia. Ja po prostu pomyliłam godziny i za wcześnie przyjechałam. Ponieważ musiałabym na ciasnym korytarzu czekać godzinę, postanowiłam wykorzystać ten czas i pojechać do Leclerca. Gdy załadowałam zakupy do samochodu, zobaczyłam, że za wycieraczką wsadzony jest mandat od Zarządu Dróg Miejskich. Ktoś wetknął go tak, by nie wypadł. Nie widziałam go wcześniej, a raczej nie złamałam przepisów, parkując pod hipermarketem. Musieli mi go wypisać pod gabinetem stomatologicznym. I zrobili to najwyraźniej błyskawicznie, bo ja w tym gabinecie byłam zaledwie 5 min. No, trudno - pomyślałam - widocznie nie powinnam tam parkować, zapłacę te 50 zł. kary i zapomnę o sprawie. Po południu weszłam na konto bankowe online, żeby przelać Zarządowi Dróg Miejskich pieniądze. Wyjęłam mandat z plastikowej torebki, żeby sprawdzić numer, na który powinny trafić pieniądze. Pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy to był tytuł "Dokument Opłaty Dodatkowej" i poniżej wyjaśnienie, że nie uiściłam opłaty za parkowanie. Tak się składa, że w miejscu, w którym zostawiłam samochód nie ma żadnych parkomatów. Zaczęłam uważnie studiować ten dokument, choć szczerze mówiąc, w pierwszym momencie pomyślałam, że strażnicy miejscy może nie mieli odpowiednich druków, czy też terminali, które im służą do wypisywania nam mandatów i stąd niewłaściwy tytuł. Druga informacja, która się nie zgadzała to rejon parkomatu - podano ul. Koszykową. Nie zgadzały się również: data i godzina parkowania oraz przede wszystkim numer rejestracyjny, na który zwróciłam uwagę na samym końcu, bo z góry założyłam, że to ja złamałam przepisy i powinnam ponieść karę. Jedyne, co się zgadzało, to marka pojazdu. I ja, i tamta osoba jeździmy Volkswagenem. 

Zastanawiam się, kto i po co wetknął mi za wycieraczkę swój mandat i dochodzę do wniosku, że ten ktoś liczył na to, że nie wczytując się  będę chciała zapłacić karę i mieć to z głowy. Ale się przeliczył. Kierowcę pojazdu o numerze, który widnieje u dołu informuję, że nie zapłaciłam i nie zapłacę, więc na wszelki wypadek załączam mandat, bo może jakimś trafem cwany właściciel samochodu trafi na mój post i będzie mógł spisać numer konta, który widnieje na mandacie. 

Ze wszystkiego należy wyciągnąć nauczkę, więc ja teraz już wiem, że zanim cokolwiek zrobię, dokładnie przeczytam, za co jestem ukarana. Ja żyję w dużym pędzie, więc wiele rzeczy robię w pośpiechu. Ale koniec z tym! Jak mawia moja mama: "Pośpiech jest wskazany przy łapaniu much". 



środa, 10 czerwca 2015

Ułańska fantazja zmieszana z homo balcanicus


Był rok 1990 lub 1991, dokładnie nie pamiętam. Rok później miała wybuchnąć wojna w Bośni i Hercegowinie, ale wtedy – na przełomie dwóch dekad – nic nie wskazywało na to, że w tak krótkim czasie dojdzie do najbardziej krwawego w Europie konfliktu XX wieku od zakończenia II wojny światowej. 

To były czasy moich studiów, beztroskich lat, szalonych pomysłów i wędrówek z plecakiem w nieznane. Przyjaźniłam się wtedy z koleżanką z roku, pół-Serbką, pół-Polką. Jej tata był pod koniec lat 60. ambasadorem Jugosławii w Polsce, tu poznał jej mamę i z tego związku przyszła na świat Ania. Wydarzenia 1968 roku spowodowały odwołanie ambasadora ze stanowiska. Malutka Ania została z babcią, a jej rodzice wyjechali do Jugosławii. Nie widziała ani mamy, ani taty przez 5 pierwszych lat swojego życia. Do babci mówiła ”mamo”, a biologiczną mamę, która po nią przyjechała w 1973 roku nazywała „ciocią”. Brak więzów, które w wyniku długiej rozłąki nie wykształciły się między nimi doskwierały im bardzo długo. Ania po wielu latach wróciła do Polski jako studentka zagraniczna i razem z nami studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Zawsze była szalona, jej charakter to był mix polsko-bałkański. Ułańska fantazja zmieszana z homo balcanicus. Pewnego dnia stwierdziła, że mamy wolne dwa tygodnie, więc zabiera mnie i naszego kolegę z Instytutu Dziennikarstwa do domu rodzinnego w Belgradzie. To nie był jeszcze czas telefonów komórkowych, ale telefony stacjonarne istniały w naszym kraju i można było się dodzwonić zagranicę. Ania zawsze dzwoniła z urzędu pocztowego na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, bo w akademiku nie miała takich możliwości. Razem z Piotrem uznaliśmy, że przyjaciółka powiadomiła rodziców o naszym przyjeździe i spokojnie zaczęliśmy się szykować do podróży.  

To był naprawdę szalony wyjazd. Dojechaliśmy pociągiem do Budapesztu, a stamtąd wyruszyliśmy autostopem. Ania roztaczała przed nami wizje cudownej Jugosławii, zawsze „skąpanej” w słońcu, w której deszcz pada sporadycznie i raczej przez przypadek. W jej opowieściach Jugosławia była rajem, miejscem kompletnie różnym od Polski. Łatwo w to uwierzyliśmy, bo tuż po „przewrotce” Polska nie od razu stała się metropolią europejską. Wtedy jeszcze ulice był szaro-bure, tylko my Polacy zawsze byliśmy „kolorowymi ptakami”, bo taką mamy duszę. 

Złapaliśmy na stopa samochód, który był trochę „rzęchem”, ale kierowca zdeklarował się, że dowiezie nas do Belgradu. Jechaliśmy przez Wojwodinę, która tak naprawdę jest osuszonym dnem morskim. W tym miejscu w prehistorycznych czasach było morze. Pamiętam ją jako płaską jak deskę równinę, dno morskie musiało być wyjątkowo równe. Jak wiemy, dno najczęściej nie jest równe, a to stanowiło odstępstwo od reguły.

Piotr bardzo przytomnie zabrał ze sobą mapę Jugosławii, którą bardzo "namiętnie" studiował przez całą drogę. Na całe szczęście, bo w ten sposób zorientował się, że kierowca nie jedzie wcale w kierunku Belgradu, tylko w kompletnie inną stronę. Powinniśmy od razu zorientować się, że coś jest nie tak. Wygląd tego człowieka powinien nas zastanowić: złote zęby, częściowy brak uzębienia przedniego, złote łańcuchy. Po prostu postać z filmów Kusturicy. Zażądaliśmy, żeby się zatrzymał przy stacji kolejowej. On nie bardzo się do tego „palił”, ale Ania go zbeształa po serbsku i to podziałało. Wyszliśmy z rzęcha i zobaczyliśmy przed nami stacyjkę kolejową, „żywcem” wyjętą z filmu „Skrzypek na dachu”. To jeden z ukochanych moich filmów, który mogę oglądać w nieskończoność. Drugim moim ukochanym filmem jest „Hair” Milosa Formana.

Pamiętacie scenę, w której Tewje Mleczarz żegna swoją córkę Chawę, bo ta wyjeżdża do swojego rosyjskiego chłopaka Fiedki? Odprowadza ją na stację, na której są tory, które nie wystają z ziemi oraz wiata, zbita z kilku desek. Przed taką samą stacją my wtedy staliśmy. Żadnego dróżnika, szlabanu, znaku. Stacyjka „wyjęta” ze „Skrzypka”. Wiele scen kręcono w Zagrzebiu, stąd pewnie podobieństwo.

Co prawda przy stacyjce powinno być ostrzeżenie, że „Tu wrony zawracają”, ale pociąg się zatrzymał i mogliśmy do niego wsiąść. Belgrad przywitał nas deszczem, co nas bardzo ubawiło, bo przecież Jugosławia miała być „skąpana” w słońcu, a deszcz miał tam padać sporadycznie. Równie „miłe” było powitanie w rodzinnym domu Ani. Jej mama, nasza rodaczka o duszy słowiańskiej ucieszyła się na nasz widok. Mogła wreszcie porozmawiać z kimś po polsku, ale tata urządził Ani awanturę. Okazało się, że nie zawiadomiła ona rodziców o naszym przyjeździe. W latach 90. w Jugosławii wyczuwało się obyczajowy konserwatyzm, obowiązywały normy zachowań z poprzedniego stulecia. Nie mogłyśmy same pójść do kawiarni. Gdy do jednej z nich weszłyśmy bez Piotra, zostałyśmy „zabite” wzrokiem. Kilkunastu mężczyzn spojrzało na nas równocześnie, a ich wzrok jakby pytał „A Wy tu co?”. Fatalne uczucie, ale taki wybryk był niczym przy numerze, który wykonała Ania, przywożąc kolegę ze studiów do rodzinnego domu. Myślałam, że ojciec ją zabije. Muszę przy tym wspomnieć, że był on prawdziwym Czarnogórcem, impulsywnym, niezbyt dobrze wychowanym, który uważał, że wszystko mu się należy, bo jest dyplomatą. Ciężki miała Ania z nim żywot, oj, ciężki. Następnego dnia po naszym przyjeździe stwierdził, że mamy obowiązek zameldować się tymczasowo i wysłał nas na komendę milicji. Przy okazji wstąpiliśmy z Anią na pocztę i do kilku sklepów, i wszędzie tam wisiały na ścianach portrety Josipa Broz Tity, który od 10 lat już nie żył, a jednak kult jednostki był tam tak silny. 

Brak więzów między mamą a córką dał się wyczuć nie raz, choćby w tak głupiej sytuacji.  Ania miała wyskoczyć do sklepu po gotowe ciasto na roladę. To było surowe ciasto jugosłowiańskie (tak je nazywali) przeznaczone do wypieku rolad. Naprawdę pysznych! Podczas jej nieobecności w domu przed budynkiem doszło do wypadku. I jak zareagowała jej mama, gdy wróciła? Powiedziała: „A coś Ty znowu zrobiła?”  - tak, jakby to ona ten wypadek spowodowała. 

Zwiedziliśmy cały Belgrad. Widzieliśmy, w jakiej symbiozie żyją różne mniejszości narodowe i uwierzyliśmy Ani, że ich przedstawiciele są w stanie się dogadać. Byliśmy pod wrażeniem. Często spotykaliśmy małżeństwa mieszane, uśmiechniętych ludzi. Pół roku później gościłam w moim rodzinnym domu Anię z rodzicami. Wtedy już rozmawialiśmy o tym, że na Bałkanach zaczyna się źle dziać. Byłam w szoku.  Utkwiło mi w pamięci zdanie jej mamy, która powiedziała, że mieszkańcy Jugosławii nie będą do siebie strzelać. Oni wyciągną z kufrów maczety i zaczną się wyrzynać. To straszne, ale jej słowa – jak wiemy – ziściły się. Sąsiedzi rodziców Ani, których przez dwa tygodnie spotykałam w windzie i na klatce schodowej pozabijali się nawzajem. Mąż dźgnął nożem żonę … w wieżowcu na osiedlu w dzielnicy Novi Beograd. W nowoczesnym budownictwie doszło do mordu na tle narodowościowym. Kiedy o tym czasami pomyślę, to nadal nie mieści mi się w głowie, że do tego doszło. Wojna trwała 3 lata i objęła swym zasięgiem nie tylko Bośnię i Hercegowinę. W tym czasie zdążyłam skończyć studia i podjąć pracę w TVP S.A. Jako wydawca Jedynki nie raz miałam długie dyżury, bo np. obawiano się nalotu na Sarajewo w związku z koncertami na całym świecie, które były aktem solidarności z cywilami, narażonymi na skutki wojny. Siedziałam wtedy w reżyserce, oglądałam doniesienia i włos mi się na głowie jeżył, bo przecież nie tak dawno było tam normalnie, przynajmniej turyści nie odczuwali zagrożenia i w bardzo krótkim czasie pokój się skończył. Teraz gdy patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy czasu, to widzę, że w Jugosławii zaczęło się psuć o wiele wcześniej, ale wtedy w 1990 lub 1991 roku czuliśmy się tam bezpiecznie.