Był grudzień 1989 roku. Wraz
z koleżanką z roku jechałyśmy na tydzień do Monachium. Plan był taki: polecimy
do Berlina, z lotniska odbierze nas znajomy mojego ojczyma, który pracował
wówczas we wschodnioniemieckiej stacji TV, przenocujemy u niego, a rano zawiezie
nas pod zachodnią granicę.
Nasz samolot zbliżał się do
lotniska w Berlinie Wschodnim. Nie zdawałyśmy sobie sprawy, co oznaczać może
dla nas fakt, że miesiąc wcześniej zrobione zostały w murze berlińskim pierwsze
dziury. Wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, że ten mur może runąć. On powstał
zanim my się urodziłyśmy. Po prostu był.
Kłopoty zaczęły się już przy
kontroli paszportowej na berlińskim lotnisku. Nie wiedziałyśmy o świeżo
wprowadzonych przepisach, więc powiedziałyśmy prawdę, że jedziemy do Monachium.
Oficer Immigration poinformował nas, że zaczął obowiązywać przepis o
najkrótszej trasie tranzytowej, która do Monachium wiodła przez Berlin
Zachodni. Wcześniej myślałyśmy, że bez problemów przejdziemy na stronę
wschodnią, gdy tymczasem zostałyśmy skierowane na stronę zachodnią. Nie pomogło
tłumaczenie, że w hali przylotów czeka na nas mieszkaniec Berlina Wschodniego.
Nikt nas nie słuchał, kiedy prosiłyśmy o przekazanie mu informacji, że nie
możemy przejść na wschodnią stronę. A były to czasy, kiedy telefony komórkowe
nie pojawiały się nawet jako rekwizyty w filmach science-fiction. Wszyscy na
tym lotnisku wyglądali, jakby ich wyjęto z filmów o nazistach.
Wyrzucono nas z terminalu na
przystanek, z którego autobus jechał tylko w jedną stronę – do Berlina
Zachodniego. Byłam zrozpaczona, moja koleżanka Kasia była poważnie wkurzona i
gotowa za wszelką cenę dostać się na wschodnią stronę. Przystanek od Berlina
Wschodniego oddzielał szlaban. Gdyby nie fakt, że co kilka minut z budki
strażniczej wychodził uzbrojony po zęby żołnierz z karabinem gotowym do strzału,
mogłybyśmy postawić dwa kroki i być po tamtej stronie. Kasia wpadła na – jej
zdaniem – genialny pomysł i powiedziała:
- Czekamy, aż ten facet
wejdzie do budki. Jak tylko wejdzie, rzucamy się do ucieczki. Przejdziemy pod
szlabanem i będziemy uciekać co sił w nogach.
Jej plan nie wydał mi się
genialny. Obawiałam się, że żołnierz zacznie do nas strzelać. Po co za każdym
razem trzymał karabin w pozycji do strzału? Wtedy nie wiedziałyśmy, że kilkaset
osób zostało zabitych w czasie próby przedostania się na drugą stronę muru. O
tym nie mówiono w państwowych mediach, nie pisano w prasie. Ale intuicja mi
podpowiadała, że ucieczka może mieć tragiczne zakończenie.
Kasia nie upierała się długo
przy swoim. Zrozumiała, że mamy raczej marne szanse na spotkanie się ze
znajomym mojego ojczyma.
Nie miałyśmy waluty
niemieckiej, jedynie dolary, a za autobus do miasta trzeba było zapłacić w
markach. Z budynku terminalu wyszedł młody człowiek, który okazał się Polakiem.
To z nim spędziłyśmy noc w Berlinie Zachodnim i to on wymienił nasze dolary na
marki niemieckie po najgorszym kursie świata. No cóż… miał nad nami przewagę.
Stałyśmy na przystanku jak te dwie sieroty, które miały w kieszeni walutę,
której nie mogłyśmy wymienić.
Wjazd do Berlina Zachodniego
był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Zawsze słyszałam, że ta część miasta – a
w zasadzie można powiedzieć, że wtedy to było osobne miasto – zdecydowanie
różni się od części wschodniej. Jest tam sterylnie czysto. Zupełnie jak w
scenie ze „Shreka”, kiedy nasz ulubiony ogr wjeżdża do Zasiedmiogórogrodu,
którym władają jego teściowie. W Berlinie Zachodnim też było czysto i biało, aż
ta biel raziła w oczy. Tylko później dwa razy w życiu doznałam uczucia, że
nagle znalazłam się w „innej bajce”. Raz, kiedy w egipskiej miejscowości
Hurghada weszłam do sklepu wolnocłowego, który mieścił się w budynku,
przypominającym piramidę, całą ze szkła. Po drodze do sklepu minęłam domki z
kartonów, w których mieszkała biedota, zdechłą kozę, pozostawioną na poboczu,
prażące się na słońcu niby świeże jajka. Wszędzie było niesamowicie brudno,
śmierdziało niemiłosiernie. Wtem przekroczyliśmy próg piramidy i znaleźliśmy
się w zupełnie innym świecie. Sprawdzono nam paszporty, a ja poczułam się,
jakbym już była daleko zagranicą. W sklepie nie było zwykłego towaru. Były tam
najlepsze na świecie marki, ubrania od największych kreatorów mody. Widok tych
rzeczy nijak się miał do tego, co znajdowało się za drzwiami, na ulicach
Hurghady.
Drugi raz takie odczucia
miałam, kiedy wjechaliśmy po raz pierwszy do Księstwa Monako. Lazurowe
Wybrzeże, na którym spędzaliśmy urlop jest piękne, ale Francuzi nie są
mistrzami w utrzymywaniu porządku, nie są „perfekcyjnymi paniami domu”.
Wszędzie jest pięknie, ale i brudno. W Księstwie Monako jest idealnie czysto.
Służby porządkowe pracują non stop. Jest tak idealnie czysto w
Zasiedmiogórogrodzie albo w Berlinie Zachodnim.
Pierwsze kroki w grudniową
noc skierowałyśmy do McDonalda. Musiałyśmy gdzieś dotrwać do rana, a na hotel
moja koleżanka nie chciała się zgodzić. Jej zdaniem, byłby to niepotrzebny
wydatek pieniędzy. Swoją drogą, nie miałyśmy ich zbyt wiele, a czekał nas pobyt
w Monachium. Ponieważ ja nie zgodziłam się na ucieczkę za szlaban na lotnisku, to
ona nie zgodziła się na hotel. Musiałam uszanować jej decyzję tak, jak ona
uszanowała moją i została na przystanku autobusowym. Znalazłyśmy się zatem w
McDonaldzie, który w porównaniu z polskimi lokalami z tamtych czasów był
restauracją inną niż wszystkie. Niestety nie mogłyśmy spędzić w nim całej nocy,
choć pamiętam, że byłyśmy tam kilka godzin i na zmianę drzemałyśmy w toalecie.
Jak to sobie przypomnę, to łapię się za głowę. Co my wyprawiałyśmy?!!!
Wreszcie musiałyśmy opuścić
bar i poszłyśmy na Dworzec Zoo, który cieszył się bardzo złą sławą. W całym
Berlinie Zachodnim jedynie ten dworzec był otwarty całą dobę, a w połowie
grudnia nie wytrzymałybyśmy długo na dworze. Na zewnątrz były minusowe
temperatury.
Resztę nocy spędziłyśmy na
dworcu, który okazał się bardzo bezpiecznym miejscem. Nie spotkałyśmy żadnych
narkomanów. Spałyśmy i nie zostałyśmy okradzione.
Nazajutrz doszłyśmy do
autostrady, przerzuciłyśmy plecaki, a następnie przeszłyśmy przez parkan i
stanęłyśmy na prawym pasie dokładnie pod tablicą, informującą o zakazie zatrzymywania
samochodów przez autostopowiczów. To był patent Kasi: stanąć na niemieckiej
autostradzie tuż pod zakazem. Podobno zawsze działało i tym razem również
zadziałało.
Kasia była wytrawną
autostopowiczką. Jako córka prawnika, nawet w tamtych czasach mogłaby jeździć
pociągiem i spać w hotelach. Zamiast tego po całej Europie jeździła autostopem,
a spała w lesie i to nie w namiocie, ale pod gołym niebem. Kiedyś mi
opowiadała, jak spotkała bardzo fajnych ludzi – studentów z Europy Zachodniej.
Spędzili razem cały dzień i wieczorem zapytali ją, w którym hotelu się
zatrzymała. Na to ona odpowiedziała, że w żadnym, bo śpi w lesie. Oni z kolei
ją zapytali, jak ona wytrzymuje bez łazienki. No właśnie, a jak ona sobie
radziła bez łazienki? Prysznic chyba brała w toaletach publicznych – takich, w
których były odpłatne kabiny prysznicowe.
Po przyjeździe do Monachium
Kasia pochorowała się, dostała zapalenia płuc. Wtedy byłyśmy o wiele silniejsze
niż teraz, więc przez cały czas razem ze mną zwiedzała. Było fantastycznie.
Wracałyśmy do Berlina
autostopem. W Monachium złapałyśmy TIR na włoskich numerach, który jechał na
północ Niemiec, a potem promem do Szwecji. Miałyśmy wysiąść na autostradzie w
pobliżu zjazdu do Berlina, ale nie mogłyśmy zdecydować się, przy którym
zjeździe wysiąść i tak dojechałyśmy do Rostoku. W dworcowym barze spędziłyśmy
całą noc, bo najbliższy pociąg do Berlina był nad ranem. To, czego byłyśmy tam
świadkami przerosło moją wyobraźnię. Nie byłam przyzwyczajona do takich
sytuacji. W pewnym momencie do baru wpadli młodzi Niemcy, którzy zaczęli
autentycznie rozwalać stoły i krzesłami walić o ściany. Bardzo szybko Kasia
dała mi znać, żebyśmy nie odzywały się do siebie po polsku, bo Polacy w NRD w
tamtym czasie nie byli mile widziani. Cały czas rozmawiałyśmy po angielsku.
Byłyśmy strasznie zmęczone, ale nawet przez chwilę nie przeszłyśmy na polski. Jeden
z chuliganów zatrzymał się przy nas, myślałam, że będzie afera. A on zapytał, z
której części Anglii jesteśmy, poklepał nas po ramieniu i opuścił bar. Odetchnęłyśmy
z ulgą. Przez całą noc nie mogłam zapamiętać nazwy miasta, w którym byłyśmy. Pytałam
Kasię bez końca o nazwę, a ona bez końca, ale cierpliwie odpowiadała „Rostok”. Gdy
wsiadłyśmy do pociągu, od razu poszłyśmy spać. Usnęłyśmy tak głęboko, że konduktor
miał problem z dobudzeniem nas i sprawdzeniem biletów.
Jedno mnie w tym wszystkim zastanawia,
dlaczego nie mogłyśmy pojechać do Monachium przez Berlin Wschodni, skoro z powrotem
jechałyśmy od granicy zachodniej do Rostoku na północ, a następnie pociągiem na
południe – do Berlina. Nasza trasa tranzytowa była najdłuższą trasą w ówczesnych
Niemczech Wschodnich.