czwartek, 23 kwietnia 2015

Powitać Nowy Rok niczym Wieniawa-Długoszowski

Ostatnio w czasie niedzielnego obiadu moje dziecko poprosiło: "Mamo, opowiedz tę historię, jak tata i ten brat Twojej koleżanki zasypali facetowi Porsche". Ja kiedyś Michałowi opowiadałam, jak jego ojca poniosła ułańska fantazja. Zanim się odezwałam, mój syn zapytał: "A czy przypadkiem ten wspólnik taty od zasypywania śniegiem samochodu nie wiózł nas do Londynu?" Brat koleżanki jest pilotem i był kapitanem lotu, akurat wtedy, kiedy my lecieliśmy. W przestworzach jest bardzo odpowiedzialnym człowiekiem, a na Ziemi czasami ponosi go fantazja. 

Historia zaczyna się od konia, żywego, nie tego mechanicznego. 

Był Sylwester, wiele, wiele lat temu, kiedy mój syn był bardzo, bardzo malutki. Został z dziadkami w Warszawie, a my wyjechaliśmy świętować nadejście Nowego Roku w górach. Przed wieczorną imprezą - jak zwykle - odbył się kulig. Zastanawiałam się, o czym tak długo mój ówczesny mąż i brat mojej koleżanki rozmawiają z woźnicą, ale szybko o tym zapomniałam, bo po powrocie do pensjonatu zajęliśmy się przygotowaniem do Sylwestra.

Kiedy zabawa rozkręciła się na dobre, mój ówczesny mąż i brat mojej koleżanki byli już bardzo pijani i przypomnieli sobie, o czym rozmawiali z góralem. Uznali, że ich plan, który meli zamiar zrealizować jest genialny. Chcieli niczym Wieniawa-Długoszowski wjechać na koniu do restauracji, w której tamtej nocy się bawiliśmy. Różnica polegała na tym, że Wieniawa wjeżdżał do "Adrii", czyli do pomieszczenia, które było na tym samym poziomie, co chodnik przed frontowymi drzwiami, a nasi panowie chcieli wprowadzić ciężkie zwierzę, jakim jest koń przez ganek zbity z kilku desek. Nie dość, że deski nie wytrzymałyby takiego ciężaru, to koń mógłby złamać nogę. Nie docierało do nich, że zrobią krzywdę zwierzęciu, a właściciel restauracji nas zabije i na pewno nie będzie nam dane powitać Nowego Roku. Trwali uparcie przy swoim. Twierdzili, że "koń też człowiek", a oni - miłośnicy zwierząt przyprowadzą go do stołu i nakarmią sałatką jarzynową. 

Atmosfera "zgęstniała", ponieważ ja i moja koleżanka chciałyśmy położyć kres tym wygłupom, ale dowiedziałyśmy się, że jesteśmy tymi, które psują dobrą zabawę. W tym samym momencie pojawił się woźnica z pytaniem, co ma zrobić z koniem. Z trudem, ale udało nam się odwieść ich od tego pomysłu. 

Zawiedzeni, z niespożytą energią wyszli na dwór i wpadli na kolejny "genialny" pomysł. Niestety tym razem nie było nas przy nich i nie zapobiegłyśmy temu, co się miało wydarzyć. Mój ówczesny mąż i brat mojej koleżanki pożyczyli od dozorcy szuflę do odśnieżania. Gdyby wzięli się za odgarnianie z drogi śniegu, to byłoby pół biedy, ale oni bardzo umiejętnie zasypali jednemu z gości samochód. Do tego stopnia zrobili to fachowo, że kierowca zasypanego auta wyszedł w Nowy Rok na dwór i nie mógł go znaleźć. Za to pojawiła się na podwórzu nowa górka. Facet przetarł oczy i pomyślał, że chyba jeszcze nie wytrzeźwiał. Niestety nasi panowie, inteligentni inaczej poprzedniej nocy zrobili wszystko, by ich rozpoznano. Dozorca powiedział właścicielowi samochodu, kto od niego brał szuflę. Dziwię się tylko, że w porę jej im nie odebrał. Może też się świetnie bawił.

Jedliśmy śniadanie, kiedy kierowca wpadł do restauracji. Na pytanie, gdzie jest tych dwóch. którzy zasypali mu samochód mój ówczesny mąż i brat mojej koleżanki równocześnie wpadli pod stół. Byłam zdziwiona, że kierowca nie wyegzekwował od nich chociażby odśnieżenia tego pojazdu. Po prostu wyszedł. Nasi panowie dokończyli śniadanie pod stołem.    

Wieniawa-Długoszowski był bardzo barwną postacią i pewnie nie jeden miałby ochotę go naśladować, ale trzeba pamiętać, że skończył bardzo źle. Popełnił samobójstwo, skacząc z tarasu swojego domu w Nowym Jorku. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Czy słyszysz ten huk? To ja biję się w piersi

Czego nie dosłyszy, to zmyśli. Taka jestem. Kilka dni temu pisałam o tym, jak moja mama próbowała namówić mnie na przeczytanie artykułu, w którym opisana jest metoda na szybkie zakochanie się w drugim człowieku. Zrozumiałam wtedy, że wystarczy przez 4 minuty patrzeć mu głęboko w oczy. Takie zapatrzenie się miało skutkować płomienną miłością. Otóż moja mama przeczytała mój tekst i załamała nade mną ręce. Nie dopuściłam jej owego poranka do głosu, nie dowiedziałam się, o co w tej metodzie chodzi, dlatego musiałam teraz karnie przeczytać cały artykuł i napisać sprostowanie, co niniejszym czynię J

Mamo, czy słyszysz ten huk? To ja biję się w piersi!  
  
Bardzo ważną rolę w eksperymencie odgrywa 36 pytań, które pogrupowane są w trzy zestawy po 12. Całość ułożona jest tak, by najpierw rozmówcy się otworzyli, poznali, wzbudzili sympatię, zbliżyli. Pytania stają się coraz bardziej intymne, a rozmówcy stają się sobie coraz bliżsi. Na końcu należy przez 4 minuty patrzeć sobie głęboko w oczy i sukces gwarantowany!

Metoda ta została opracowana przez dra Arthura Arona z uniwersytetu stanowego w Nowym Jorku. Jej skuteczność potwierdziła Mandy Len Catron, nieznana szerszej publiczności anglistka z uniwersytetu w Vancouver. Otóż Len Catron namówiła swojego kolegę ze studiów, by przeprowadzili eksperyment z 36 pytaniami i patrzeniem sobie głęboko w oczy. Po pół roku stanęli przed ołtarzem. Metoda w ich przypadku zadziałała.

Trzeba bardzo uważać, o czym rozmawiamy z obcymi ludźmi. Mamy w życiu takie sytuacje, kiedy zaczynamy rozmawiać dla „zabicia” czasu: w oczekiwaniu na wizytę u lekarza, u fryzjera, w pociągu. Czy nikt Wam nigdy nie opowiedział całej historii swojego życia w czasie, kiedy express stał przez godzinę w polu, potem musiał się cofnąć, by pojechać dalej? A te pytania dra Arona mają coś z tych opowieści, tylko muszą otworzyć się na takie wyznania obie strony, dlatego uważajcie i nie otwierajcie się, bo przegapicie stację, na której powinniście wysiąść.

Poniżej podaję 36 pytań. Pod Waszą rozwagę poddaję, czy je wykorzystacie, czy raczej będziecie wiedzieli, o co nie pytać.

36 pytań Dr Arthura Arona

Zestaw I

1. Gdybyś mógł/mogła zaprosić do siebie na 
obiad kogokolwiek na świecie, kogo byś wybrał/wybrała?

2. Czy chciałabyś/chciałbyś być sławna/znana? Z czego?

3. Czy kiedykolwiek ćwiczysz co chcesz powiedzieć, zanim do kogoś dzwonisz? Czemu to robisz?

4. Jakby wyglądał twój "idealny" dzień?

5. Kiedy ostatnio śpiewałaś/śpiewałeś dla kogoś? A dla siebie?

6. Gdybyś mogła/mógł dożyć do dziewięćdziesiątki, zachowując umysł lub ciało trzydziestolatka przez ostatnie 60 lat, co byś wybrała/wybrał?

7. Czy masz przeczucie, jak umrzesz?

8. Wymień trzy rzeczy, które przypuszczasz, że masz wspólne ze swoim partnerem/partnerką?

9. Za co czujesz się najbardziej wdzięczna/wdzięczny w swoim życiu?

10. Co byś zmienił/zmieniła w tym, jak byłeś/byłaś wychowany/wychowana?

11. Opowiedz swojemu partnerowi/partnerce jak najwięcej szczegółów o swoim życiu w cztery minuty.

12. Gdybyś mógł/mogła obudzić się jutro rano z jakąś nową cechą lub umiejętnością, czym by ona była?


Zestaw II

13. Gdyby kryształowa kula mogła pokazać ci prawdę o tobie, twoim życiu, przyszłości lub o czymkolwiek innym, czego byś chciał/chciała się dowiedzieć?

14. Czy marzysz o zrobieniu czegoś od dawna? Czemu do tej pory tego nie zrobiłeś/zrobiłaś?

15. Co jest Twoim największym życiowym osiągnięciem?

16. Co najbardziej cenisz w przyjaźni?

17. Jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie?

18. Jakie jest twoje najstraszniejsze wspomnienie?

19. Gdybyś się dowiedziała/dowiedział, że za rok umrzesz, co byś zmieniła/zmienił w swoim życiu? Dlaczego?

20. Co dla ciebie oznacza przyjaźń?

21. Jaką rolę w twoim życiu odgrywają miłość i czułość?

22. Podziel się pozytywnym spostrzeżeniem na temat swojego partnera. Róbcie tak na przemian - każdy po pięć razy.

23. Czy jest dużo bliskości i ciepła w twojej rodzinie? Czy czujesz, że Twoje dzieciństwo było bardziej szczęśliwe niż dzieciństwo innych osób?

24. Jak oceniasz swoją relację z matką?

Zestaw III

25. Niech każde z was wypowie trzy stwierdzenia o "was". Na przykład "Oboje siedzimy tu i czujemy, że..."

26. Dokończ to zdanie" "Chciałabym mieć kogoś, z kim mogłabym/mógłbym dzielić..."

27. Gdybyś miała/miał zaprzyjaźnić się ze swoim partnerem/partnerką, co powinna/powinien jeszcze o tobie wiedzieć?

28. Powiedz partnerowi/partnerce coś, co ci się w nim/niej podoba. Bądź bardzo szczery/szczera - mów rzeczy, których się zwykle nie mówi świeżo poznanej osobie.

29. Opowiedz o zawstydzającej chwili z twojego życia.

30. Kiedy ostatnio rozpłakałaś/rozpłakałeś się przy kimś? A kiedy w samotności?

31. Powiedz partnerce/partnerowi coś, co już ci się w niej/w nim podoba.

32. Czy jest jakiś temat, o którym twoim zdaniem nigdy nie należy żartować?

33. Jeśli byś w tej chwili umarł/umarła bez możliwości wcześniejszego kontaktu ze światem, czego najbardziej żałowałbyś/żałowałabyś, że nie powiedziałeś/powiedziałaś? Czemu do tej pory nie wyraziłeś tego osobie zainteresowanej?

34. Pali się twój dom, w którym są wszystkie twoje rzeczy. Uratowałeś/uratowałaś już swoich bliskich i zwierzęta. Został czas, by wbiec ostatni raz do domu i coś uratować. Co wybierzesz i dlaczego?

35. Ze wszystkich członków Twojej rodziny czyja śmierć byłaby najtrudniejsza? Dlaczego?

36. Podziel się z partnerem/partnerką osobistym problemem i zapytaj, jak on/ona by sobie z nim poradził/poradziła. Poproś też, by partner/partnerka  powiedział/powiedziała jaki uważa, że masz stosunek do tego problemu.


Źródło „Focus” numer 235. Pytania dostępne również na stronie http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,17283824,36_pytan_prowadzacych_do_milosci.html

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Życie pełne jest pokus




Życie pełne jest pokus, które czyhają na nas na każdym kroku. Trudno odmówić sobie zakupu nowej torebki, zjedzenia pysznych lodów albo wyjazdu na weekend w fajne miejsce. Pokusy nie czyhają na nas jedynie w wolnym czasie, również życie zawodowe kusi nas coraz nowszymi projektami, chęcią spełnienia się w kolejnych przedsięwzięciach i wspinania po szczeblach kariery. Szczególnie podatne na pokusy w życiu zawodowym są matki, samotnie wychowujące dzieci. Zdane są na siebie, muszą zapewnić dziecku standard życia, jakby były matkami i ojcami w jednej osobie. Znaczącym czynnikiem, który powoduje, że samotna matka jest pochłonięta pracą zawodową jest chęć zapomnienia o niepowodzeniach w życiu prywatnym. Jedne matki wynajmują nianie, by te dbały o ich pociechy, kiedy one pracują już piętnastą godzinę bez przerwy. Inne matki zawieszają dziecku klucz na szyi i pozwalają, by ulica je "wychowywała". Jest też trzecia grupa matek, które korzystają z pomocy rodziców i do tej grupy ja się zaliczam. 

Moja mama jest Aniołem na Ziemi. Jest dla nas babcią, mamą, przyjaciółką, "zwierzchnikiem admiralicji", prawą i lewą ręką mojego syna, jego rozumem i wzrokiem, słowem: Wszystkim. Zdejmuje ze mnie obowiązek troszczenia się o dom, dzięki czemu mogę "zanurzyć się" po uszy w życiu zawodowym. Ostatnio jednak złożyło się tak, że ja mam mniej pracy, a moja mama wczoraj dostała zapalenia błędnika i nie mogła z nami wrócić do domu. Wróciliśmy zatem sami.

Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że nie poradzę sobie z prowadzeniem domu, to z pewnością bym go wyśmiała. Bo jakiż może być to problem dla osoby, która wydawała na antenie TV wielogodzinne programy? Żaden? A jednak... może być to problem. Dziś rano zdołałam zrobić mojemu dziecku śniadanie, po zjedzeniu którego nie rozchorował się, jest cały i zdrowy. Mój syn jadł, a ja popijając herbatę, założyłam sobie nowy blog. Pierwsze oznaki braku w mojej głowie "stycznej z rozumem" zauważyłam tuż po wyjściu Michała do szkoły. Nagle zobaczyłam kubek z suchą saszetką i wpadłam w popłoch, sądząc że nie dałam mu nic do picia. Zadzwoniłam do niego. Na całe szczęście nie zszedł jeszcze do metra, więc mogłam się z nim połączyć.

- Michał, czy ja Ci dałam dziś do picia herbatę?

Kojarzę, że mnie pytał, czy ją posłodziłam, ale skoro ją wypił, to co robi przy czajniku kubek z suchą saszetką?

- On tam stoi, bo miałaś sobie zrobić drugi kubek.

Na całe szczęście połączenie telefoniczne pozwoliło mi ustalić, o której mniej więcej godzinie wyszedł do szkoły mój syn. O to zapytała mnie mama, kiedy wreszcie do nas wróciła. Na pytanie jednak, co Michał włożył na siebie, nie potrafiłam odpowiedzieć.

- No, tak dokładnie nie pamiętam. Chyba zieloną bluzę Burtona.

- Ale jak to, samą bluzę? Kurtki nie wziął?

- Kurczę, nie wiem.

Na nieszczęście za oknem zaczął padać śnieg z deszczem. Moje dziecko ma - co prawda - 17 lat, ale ponieważ jest facetem, to wymaga ciągłego kontrolowania. Moja mama przytomnie podeszła do szafy i sprawdziła, jakiego okrycia brakuje. Okazało się, że jest gorzej niż mogłoby być - poszedł w letnim prochowcu.

Następnie mama skierowała swoje kroki do pokoju Michała. Godzinę później miał przyjść korepetytor z matematyki, a tam był jeden wielki "kipisz" - ubranie z wczoraj wymieszane z pościelą i piżamą. Po prostu "Meksyk"! Ja nawet widziałam ten bałagan rano, zaraz po wyjściu Michała do szkoły, ale stwierdziłam, że sprzątnę później i zamykając drzwi do jego pokoju, zamknęłam szufladkę w świadomości, że muszę tam sprzątnąć. Michał wracał tuż przed przyjściem korepetytora.

Kiedy już wrócił, powiedziałam mu, że gdyby mieszkał sam ze mną, to bardzo szybko nauczyłby się utrzymywania porządku. Jego matka, czyli ja to kosmitka, która potrafi pracować w dużym stresie, ale gubi się między kuchnią a salonem. Gdyby nie babcia, korepetytor wszedłby do niesprzątniętego  pokoju i Michał "najadłby się" wstydu. Dlatego dzięki Bogu, istnieje coś takiego, jak instytucja babci, która pozwala mamom na uleganie pokusom w życiu zawodowym.










środa, 8 kwietnia 2015

4 minuty do szczęścia

Powszechnie znana jest troska matek o szczęście córki, a w terminie tym mieści się zamążpójście, spełnienie w miłości i takie tam mało praktyczne rzeczy. Ja jestem matką 17-latka, kobietą w pełni dojrzałą, która jest o krok od stanu przejrzałego. Lada chwila to ja powinnam się zacząć troszczyć o szczęście mojego syna, ale to nie jego dotyczy ta historia.

Dziś rano robiłam sto rzeczy na raz. Od dwóch godzin powinnam była już być w pracy, ale wciąż zawodowe sprawy załatwiałam w domu. Po prostu co chwila pojawiało się coś nowego, a o zwłoce nie mogło być mowy. Zajmowałam się kilkoma programami TV i tylko pilnowałam, żeby nie pomylić promocji Teatru TV z transmisją cięższego kalibru. Nagle moja mama, która przeglądała jakieś czasopismo powiedziała: "Musisz koniecznie przeczytać ten artykuł". Powiedziałam grzecznie, że aktualnie nie mam czasu na czytanie gazety, ale moja mama postanowiła, że mi nie odpuści. "Musisz koniecznie! Naukowo udowodniono, że spoglądanie głęboko w oczy mężczyźnie przez 4 minuty gwarantuje, że się w nim zakochasz". Przez wiele lat pracowałam w programach porannych, które charakteryzują się bardzo nieludzkimi godzinami emisji, a więc i pracy oraz bardzo specyficznymi tematami. "Mamo, ja już nie pracuję w telewizji śniadaniowej i nie potrzebne są mi takie tematy. Co ja mam zrobić z tą informacją?" Na co moja mama całkiem serio powiedziała: "Ale to nie chodzi o pracę, tylko o Ciebie". No, nie! "Mamo, czy Bóg Cię opuścił? A po co ja mam sobie ściągać na głowę kłopot? Nie zamierzam się zakochiwać, a już na pewno nie na siłę".

Troska matki o szczęście córki widać nie ma terminu ważności. Spełniłam swój "obywatelski" obowiązek: wyszłam za mąż. Spełniłam obowiązek córki wobec matki: urodziłam dziecko. Zrobiłam coś dla siebie: rozwiodłam się, bo inaczej wylądowałabym w czubkach. I po co mi ryzyko, że znów źle trafię? Nie grozi mi staropanieństwo, a moi rodzice mają ukochanego wnuka. I czego tu chcieć więcej?

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Noc na Dworcu Zoo

Był grudzień 1989 roku. Wraz z koleżanką z roku jechałyśmy na tydzień do Monachium. Plan był taki: polecimy do Berlina, z lotniska odbierze nas znajomy mojego ojczyma, który pracował wówczas we wschodnioniemieckiej stacji TV, przenocujemy u niego, a rano zawiezie nas pod zachodnią granicę.

Nasz samolot zbliżał się do lotniska w Berlinie Wschodnim. Nie zdawałyśmy sobie sprawy, co oznaczać może dla nas fakt, że miesiąc wcześniej zrobione zostały w murze berlińskim pierwsze dziury. Wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy, że ten mur może runąć. On powstał zanim my się urodziłyśmy. Po prostu był. 

Kłopoty zaczęły się już przy kontroli paszportowej na berlińskim lotnisku. Nie wiedziałyśmy o świeżo wprowadzonych przepisach, więc powiedziałyśmy prawdę, że jedziemy do Monachium. Oficer Immigration poinformował nas, że zaczął obowiązywać przepis o najkrótszej trasie tranzytowej, która do Monachium wiodła przez Berlin Zachodni. Wcześniej myślałyśmy, że bez problemów przejdziemy na stronę wschodnią, gdy tymczasem zostałyśmy skierowane na stronę zachodnią. Nie pomogło tłumaczenie, że w hali przylotów czeka na nas mieszkaniec Berlina Wschodniego. Nikt nas nie słuchał, kiedy prosiłyśmy o przekazanie mu informacji, że nie możemy przejść na wschodnią stronę. A były to czasy, kiedy telefony komórkowe nie pojawiały się nawet jako rekwizyty w filmach science-fiction. Wszyscy na tym lotnisku wyglądali, jakby ich wyjęto z filmów o nazistach.

Wyrzucono nas z terminalu na przystanek, z którego autobus jechał tylko w jedną stronę – do Berlina Zachodniego. Byłam zrozpaczona, moja koleżanka Kasia była poważnie wkurzona i gotowa za wszelką cenę dostać się na wschodnią stronę. Przystanek od Berlina Wschodniego oddzielał szlaban. Gdyby nie fakt, że co kilka minut z budki strażniczej wychodził uzbrojony po zęby żołnierz z karabinem gotowym do strzału, mogłybyśmy postawić dwa kroki i być po tamtej stronie. Kasia wpadła na – jej zdaniem – genialny pomysł i powiedziała:

- Czekamy, aż ten facet wejdzie do budki. Jak tylko wejdzie, rzucamy się do ucieczki. Przejdziemy pod szlabanem i będziemy uciekać co sił w nogach.

Jej plan nie wydał mi się genialny. Obawiałam się, że żołnierz zacznie do nas strzelać. Po co za każdym razem trzymał karabin w pozycji do strzału? Wtedy nie wiedziałyśmy, że kilkaset osób zostało zabitych w czasie próby przedostania się na drugą stronę muru. O tym nie mówiono w państwowych mediach, nie pisano w prasie. Ale intuicja mi podpowiadała, że ucieczka może mieć tragiczne zakończenie.

Kasia nie upierała się długo przy swoim. Zrozumiała, że mamy raczej marne szanse na spotkanie się ze znajomym mojego ojczyma.

Nie miałyśmy waluty niemieckiej, jedynie dolary, a za autobus do miasta trzeba było zapłacić w markach. Z budynku terminalu wyszedł młody człowiek, który okazał się Polakiem. To z nim spędziłyśmy noc w Berlinie Zachodnim i to on wymienił nasze dolary na marki niemieckie po najgorszym kursie świata. No cóż… miał nad nami przewagę. Stałyśmy na przystanku jak te dwie sieroty, które miały w kieszeni walutę, której nie mogłyśmy wymienić.

Wjazd do Berlina Zachodniego był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Zawsze słyszałam, że ta część miasta – a w zasadzie można powiedzieć, że wtedy to było osobne miasto – zdecydowanie różni się od części wschodniej. Jest tam sterylnie czysto. Zupełnie jak w scenie ze „Shreka”, kiedy nasz ulubiony ogr wjeżdża do Zasiedmiogórogrodu, którym władają jego teściowie. W Berlinie Zachodnim też było czysto i biało, aż ta biel raziła w oczy. Tylko później dwa razy w życiu doznałam uczucia, że nagle znalazłam się w „innej bajce”. Raz, kiedy w egipskiej miejscowości Hurghada weszłam do sklepu wolnocłowego, który mieścił się w budynku, przypominającym piramidę, całą ze szkła. Po drodze do sklepu minęłam domki z kartonów, w których mieszkała biedota, zdechłą kozę, pozostawioną na poboczu, prażące się na słońcu niby świeże jajka. Wszędzie było niesamowicie brudno, śmierdziało niemiłosiernie. Wtem przekroczyliśmy próg piramidy i znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Sprawdzono nam paszporty, a ja poczułam się, jakbym już była daleko zagranicą. W sklepie nie było zwykłego towaru. Były tam najlepsze na świecie marki, ubrania od największych kreatorów mody. Widok tych rzeczy nijak się miał do tego, co znajdowało się za drzwiami, na ulicach Hurghady.

Drugi raz takie odczucia miałam, kiedy wjechaliśmy po raz pierwszy do Księstwa Monako. Lazurowe Wybrzeże, na którym spędzaliśmy urlop jest piękne, ale Francuzi nie są mistrzami w utrzymywaniu porządku, nie są „perfekcyjnymi paniami domu”. Wszędzie jest pięknie, ale i brudno. W Księstwie Monako jest idealnie czysto. Służby porządkowe pracują non stop. Jest tak idealnie czysto w Zasiedmiogórogrodzie albo w Berlinie Zachodnim.

Pierwsze kroki w grudniową noc skierowałyśmy do McDonalda. Musiałyśmy gdzieś dotrwać do rana, a na hotel moja koleżanka nie chciała się zgodzić. Jej zdaniem, byłby to niepotrzebny wydatek pieniędzy. Swoją drogą, nie miałyśmy ich zbyt wiele, a czekał nas pobyt w Monachium. Ponieważ ja nie zgodziłam się na ucieczkę za szlaban na lotnisku, to ona nie zgodziła się na hotel. Musiałam uszanować jej decyzję tak, jak ona uszanowała moją i została na przystanku autobusowym. Znalazłyśmy się zatem w McDonaldzie, który w porównaniu z polskimi lokalami z tamtych czasów był restauracją inną niż wszystkie. Niestety nie mogłyśmy spędzić w nim całej nocy, choć pamiętam, że byłyśmy tam kilka godzin i na zmianę drzemałyśmy w toalecie. Jak to sobie przypomnę, to łapię się za głowę. Co my wyprawiałyśmy?!!!

Wreszcie musiałyśmy opuścić bar i poszłyśmy na Dworzec Zoo, który cieszył się bardzo złą sławą. W całym Berlinie Zachodnim jedynie ten dworzec był otwarty całą dobę, a w połowie grudnia nie wytrzymałybyśmy długo na dworze. Na zewnątrz były minusowe temperatury.

Resztę nocy spędziłyśmy na dworcu, który okazał się bardzo bezpiecznym miejscem. Nie spotkałyśmy żadnych narkomanów. Spałyśmy i nie zostałyśmy okradzione.

Nazajutrz doszłyśmy do autostrady, przerzuciłyśmy plecaki, a następnie przeszłyśmy przez parkan i stanęłyśmy na prawym pasie dokładnie pod tablicą, informującą o zakazie zatrzymywania samochodów przez autostopowiczów. To był patent Kasi: stanąć na niemieckiej autostradzie tuż pod zakazem. Podobno zawsze działało i tym razem również zadziałało.

Kasia była wytrawną autostopowiczką. Jako córka prawnika, nawet w tamtych czasach mogłaby jeździć pociągiem i spać w hotelach. Zamiast tego po całej Europie jeździła autostopem, a spała w lesie i to nie w namiocie, ale pod gołym niebem. Kiedyś mi opowiadała, jak spotkała bardzo fajnych ludzi – studentów z Europy Zachodniej. Spędzili razem cały dzień i wieczorem zapytali ją, w którym hotelu się zatrzymała. Na to ona odpowiedziała, że w żadnym, bo śpi w lesie. Oni z kolei ją zapytali, jak ona wytrzymuje bez łazienki. No właśnie, a jak ona sobie radziła bez łazienki? Prysznic chyba brała w toaletach publicznych – takich, w których były odpłatne kabiny prysznicowe.

Po przyjeździe do Monachium Kasia pochorowała się, dostała zapalenia płuc. Wtedy byłyśmy o wiele silniejsze niż teraz, więc przez cały czas razem ze mną zwiedzała. Było fantastycznie.

Wracałyśmy do Berlina autostopem. W Monachium złapałyśmy TIR na włoskich numerach, który jechał na północ Niemiec, a potem promem do Szwecji. Miałyśmy wysiąść na autostradzie w pobliżu zjazdu do Berlina, ale nie mogłyśmy zdecydować się, przy którym zjeździe wysiąść i tak dojechałyśmy do Rostoku. W dworcowym barze spędziłyśmy całą noc, bo najbliższy pociąg do Berlina był nad ranem. To, czego byłyśmy tam świadkami przerosło moją wyobraźnię. Nie byłam przyzwyczajona do takich sytuacji. W pewnym momencie do baru wpadli młodzi Niemcy, którzy zaczęli autentycznie rozwalać stoły i krzesłami walić o ściany. Bardzo szybko Kasia dała mi znać, żebyśmy nie odzywały się do siebie po polsku, bo Polacy w NRD w tamtym czasie nie byli mile widziani. Cały czas rozmawiałyśmy po angielsku. Byłyśmy strasznie zmęczone, ale nawet przez chwilę nie przeszłyśmy na polski. Jeden z chuliganów zatrzymał się przy nas, myślałam, że będzie afera. A on zapytał, z której części Anglii jesteśmy, poklepał nas po ramieniu i opuścił bar. Odetchnęłyśmy z ulgą. Przez całą noc nie mogłam zapamiętać nazwy miasta, w którym byłyśmy. Pytałam Kasię bez końca o nazwę, a ona bez końca, ale cierpliwie odpowiadała „Rostok”. Gdy wsiadłyśmy do pociągu, od razu poszłyśmy spać. Usnęłyśmy tak głęboko, że konduktor miał problem z dobudzeniem nas i sprawdzeniem biletów.


Jedno mnie w tym wszystkim zastanawia, dlaczego nie mogłyśmy pojechać do Monachium przez Berlin Wschodni, skoro z powrotem jechałyśmy od granicy zachodniej do Rostoku na północ, a następnie pociągiem na południe – do Berlina. Nasza trasa tranzytowa była najdłuższą trasą w ówczesnych Niemczech Wschodnich. 

niedziela, 5 kwietnia 2015

"Smak" Zachodu po 27 latach

Niedawno pisałam o dawnych czasach, kiedy poznałam moją przyjaciółkę Jolę w szkockiej miejscowości Blairgowrie. Na jednej z tamtejszych farm zbierałyśmy maliny, piłyśmy kiepskie piwo i mokłyśmy, bo przez cały czas padało. To był mój pierwszy samodzielny wyjazd na Zachód i wtedy poznałam jego „smak”, a dokładniej był to smak piwa „Royal Dutch”.

Przed chwilą Jola umieściła na Facebooku zdjęcia z tej naszej szkockiej miejscowości. Pojechała tam dziś, bo była w okolicy. Jest u córki, która studiuje w Glasgow. 

Mam tylko trzy zdjęcia, ale, proszę, zobaczcie je. Muszę i ja koniecznie tam pojechać. Koniecznie! J

Pozdrawiam świątecznie  





Instrumentariuszka

Ostatnio znajoma instrumentariuszka opowiedziała mi niesamowitą historię. Pracuje w bardzo dobrej klinice prywatnej na Ursynowie. Nie jest typowym pracownikiem Służby Zdrowia, cierpiącym na znieczulicę zawodową. Wręcz przeciwnie, ma serce do pacjentów i nawet „nadprogramowo” troszczy się o nich.

Pewnego dnia zgłosił się na badania pewien mężczyzna z matką, która wymagała operacji, ale mogła jej nie dożyć, tak długi był czas oczekiwania na zabieg. Klasyczny przypadek – pacjent w publicznej Służbie Zdrowia zdany na „rosyjską ruletkę”.  Moja znajoma zaproponowała mężczyźnie, że poprosi znajomego lekarza o zaopiekowanie się starszą panią i przyśpieszenie operacji. I tak zrobiła. Pojechała do jednego z warszawskich szpitali.

Mamą tego mężczyzny bardzo dobrze się zaopiekowano. Szybko ją zoperowano, operacja się udała, pacjentka żyje i ma się dobrze.

Dzień był, jak co dzień. Moja znajoma od rana była w pracy. W pewnym momencie do gabinetu zabiegowego wszedł ten mężczyzna. Rozłożył przed nią prospekt z salonu samochodowego i poprosił, żeby wybrała model. Ona nie wiedziała, o co chodzi. Była pewna, że tym razem ma mu pomóc w wyborze samochodu. Okazało się jednak, że mężczyzna zaoferował jej samochód w podzięce za uratowanie jego mamie życia. Nie przyjęła prezentu. Grzecznie, acz stanowczo dała mu do zrozumienia, że nie bierze łapówek.

Gdy mi o tej sytuacji opowiadała, nie mogła zrozumieć, jak on mógł do niej przyjść z taką propozycją. A ja jej na to odpowiedziałam:

- Agnieszko, ja nigdy w życiu nie przyjęłabym od nikogo łapówki, ale jako pacjentka wiem, że dałabym absolutnie wszystko osobie, która uratowałaby moich bliskich. Nie byłby to nowy samochód, bo na taki dar nie byłoby mnie stać, ale na pewno oddałabym wszystko, co mam,

Koleżanka Agnieszki, która w tym dniu pracowała w rejestracji nie mogła przeboleć, że Agnieszka odrzuciła taką propozycję. Po pracy upiła się i gdy ją Aga odwiozła do domu, weszła do mieszkania, zatoczyła się w przedpokoju, a na pytanie męża, co się stało, odpowiedziała także pytaniem:

- Ty wiesz, jaka to kretynka? Facet zaoferował jej samochód w podzięce za pomoc, a ona odrzuciła propozycję. Skończona kretynka!  



Jedyne, co pozwala mi wierzyć, że jednak nie jest do końca tak źle w publicznej Służbie Zdrowia, to wiara, że takich Agnieszek jest więcej. Bezinteresownych dziewczyn, które pielęgniarkami i lekarkami są z powołania. A jeśli chodzi o moją znajomą Agnieszkę, to dwa tygodnie później zepsuł jej się samochód i musiała przesiąść się do komunikacji zbiorowej.  Ale nadal twierdzi, że samochodu by nie przyjęła :) 

sobota, 4 kwietnia 2015

Uciekająca panna młoda - part 2

Kilka dni temu pisałam o uciekającej pannie młodej, czyli o przeczuciu, które dziewczyna ma tuż przed ślubem, kiedy nie jest pewna, czy ten to na pewno jest ten jeden jedyny na całe życie. Dziś przeglądałam stare albumy ze zdjęciami sprzed wielu lat. Może jestem w wieku, w którym człowiek rozpoczyna swą podróż sentymentalną w przeszłość? W albumie znalazłam zdjęcie, na którym składam życzenia zaprzyjaźnionej młodej parze i może stąd sentymentalny nastrój.

Znam co najmniej dwa fantastyczne małżeństwa, które poznały się tuż przed ślubem panny młodej z Innym.

Pierwsza moja przyjaciółka była niemal pewna, że resztę życia spędzi z przesympatycznym Amerykaninem. Plany ślubne były już dość zaawansowane, nawet rozpoczął się remont domu na Long Island, w którym mieli po ślubie zamieszkać. Gdyby nie fakt, że Ona nie do końca była pewna, czy chce mieszkać zagranicą, najprawdopodobniej popełniłaby życiowy błąd. Pewne wątpliwości spowodowały, że uczucie do Amerykanina nie zaślepiło jej i nie odebrało rozumu, co często się zdarza młodym dziewczętom. Gdyby była zapatrzona w swojego faceta, to nie dostrzegłaby prawdziwej miłości. Od ponad dwudziestu lat Ona i jej polski mąż stanowią idealną parę – tak idealną, że czasami zastanawiam się, jak oni to robią. Jaką mają receptę na udane małżeństwo? Przecież tyle par się rozwodzi, łącznie ze mną. A im się udało. Może kluczem do sukcesu było zerwanie z konwenansami i nie oglądanie się na to, co powie rodzina. Ona kierowała się uczuciem i wygrała los na loterii. Wygrała fantastycznego męża, z którym ma dwóch cudownych synów. Dla mnie to jest para numer 1.

Para numer 2 to znajomi, o których już pisałam. Ona dwa tygodnie później miała stanąć na ślubnym kobiercu z Innym, ale na całe szczęście spotkała Jego – swoją wielką miłość. Od …. uuuuuuuuuuu … bardzo wielu lat są idealnym małżeństwem, niedawno zostali szczęśliwymi dziadkami. Z tego, co widzę darzą się tym samym uczuciem, które wybuchło między nimi na dwa tygodnie przed ślubem, do którego – chwała Bogu! – nie doszło. I są w sobie zakochani pomimo, że po drodze mieli różne zawodowe zakręty, które mogły zniszczyć ich szczęście.

Wiele udanych par można spotkać na „rynku wtórnym”, gdzie „mężczyzna z przeszłością i kobieta po przejściach” wreszcie odnajdują swoje połówki pomarańczy (względnie jabłkaJ). Ale prawdziwy laur należy się tym, którzy podjęli w swoim czasie właściwą decyzję. Dodatkowo zaoszczędzili. Nie musieli wydawać na adwokatów, by się rozwieść, a za zaoszczędzone pieniądze mogą celebrować kolejne rocznice ślubu na krańcu świata.

czwartek, 2 kwietnia 2015

"Smaki" Zachodu

Pierwszy raz samodzielnie wyjechałam na Zachód, kiedy miałam 22 lata. Niełatwo było wtedy wyjechać zagranicę. Był rok 1988 i o paszport trzeba się było ubiegać. Pamiętam, że na Wydziale Dziennikarstwa, na którym studiowałam znalazłam przypadkiem aplikację na Camp Victoria. Wtedy był to międzynarodowy obóz pracy dla młodzieży, a nie późniejszy szwedzki obóz, w którym stacjonowali żołnierze w Kosowie. Piszę o czasach, w których Jugosławia jawiła nam się jako Raj na Ziemi i wtedy nikt nie przypuszczał, że dojdzie w nim do wojny.

Otóż aplikacja na Camp Victoria była przepustką do prawdziwego „raju” – na Zachód. Jechałam sama, miałam zatrzymać się u znajomego na jeden dzień w Londynie, a potem pojechać autobusem do szkockiej miejscowości Blairgowrie, 74 mile na północ od Glasgow.

Wszystko, co znajdowało się na zachód od polskiej granicy wydawało nam się kolorowe, lepsze, smaczniejsze. A ja byłam młoda i miałam wielki „apetyt” na życie. Chciałam wyrwać się z szarości ówczesnej Polski i „zasmakować” Zachodu.

Pierwszy „smak” Zachodu poznałam zanim wyjechałam z kraju. Miałam kupiony bilet PLL LOT z przesiadką w Pradze. Moi rodzice nie wyobrażali sobie, że ich jedynaczka będzie sama tułać się po Europie, więc zrobili absolutnie wszystko, żeby zamienić mój łączony lot na lot bezpośredni. Ojczym miał znajomego, który był szefem polskiej agencji British Airways, tak więc znalazłam się na liście rezerwowej brytyjskich linii. Dla mnie to był wtedy „kosmos”. Wcześniej latałam tylko LOT-em i gdyby ktoś mi wówczas powiedział, że kiedyś będę stałą klientką brytyjskich linii, to na pewno bym go wyśmiała. BA na tym etapie było dla mnie szczytem luksusu.

W dniu planowanego wylotu pojechaliśmy na Okęcie, nie mając pewności, czy dostanę się do samolotu. Staliśmy przy stanowisku z nadzieją, że może się uda. I w pewnym momencie znajomy mojego ojczyma powiedział: „Jest miejsce, lecisz. Tylko uważaj, żebyś się nie upiła w samolocie”. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Byłam lekko oszołomiona, bo leciałam w nieznane. Na miejscu mogło się okazać, że wcale nie jest tak kolorowo. Weszłam na pokład i stewardessa skierowała mnie do… Business Class. Kompletnie mnie zamurowało. Jeszcze pół godziny wcześniej nie wiedziałam, czy w ogóle polecę, a teraz siedzę w klasie biznesowej i rzeczywiście mogę wypić „morze” alkoholu.

Pierwsza noc w „raju” obfitowała w przygody – zgubiłam paszport. Wszystkim, którzy nie znają „tamtej epoki” wyjaśnię, że mógł być to „koniec świata”. Wizyta w Ambasadzie Polskiej, tłumaczenie, w jakich okolicznościach zgubiło się dokument, a potem tłumaczenie po powrocie do kraju urzędnikom w Pałacu Mostowskich. Wolę nie myśleć, jaką ścieżkę musiałabym przejść, a przecież była to chwila nieuwagi. Każdemu mogło się to przydarzyć.

Ja następnego dnia jechałam do Szkocji. Bez paszportu trochę trudno funkcjonować w obcym kraju, przynajmniej dla mnie, osoby „do bólu” praworządnej. Ja dopiero rozpoczynałam w swoim życiu etap kompletnego szaleństwa.

Mój znajomy siłą zatrzymał mnie w domu, bo chciałam po śladach przejść całą trasę, którą pokonaliśmy tamtej nocy. Był starszy, silniejszy, więc nic nie wskórałam. Nazajutrz przed wyjazdem pojechaliśmy do kantoru wymiany walut na Victoria Station. Sympatyczna Hinduska spojrzała tylko na nas i od razu z szuflady wyciągnęła mój paszport. Powiedziała, że byliśmy tak zaaferowani, że zostawiliśmy mój dokument na ladzie koło okienka.

Poczułam się jak nowonarodzona. Byłam przeszczęśliwa i nawet ponad 400 mil w autobusie do Glasgow nie było w stanie wyprowadzić mnie z dobrego nastroju. Pierwsza minuta na szkockiej ziemi utkwiła w mojej pamięci. Gdy wysiadałam z autobusu, jeden Szkot powiedział, pokazując na człowieka, który leżał na ziemi: „He must be dead”, ale wymowę miał szkocką, więc zabrzmiało to jak „deed”, a nie „dead”. Musiałam się przyzwyczaić, że Szkoci wszystkie głoski skracają i z początku trochę się domyślałam, co oni chcą mi powiedzieć.

Glasgow to nie był końcowy przystanek w mojej podróży do Szkocji. Camp Victoria wysłał mnie do miejscowości Blairgowrie. Gdy tam dojechałam, padał deszcz. Deszcz nie przestawał padać przez 3 tygodnie. W tym czasie musiałam zbierać maliny w deszczu, od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu. Niewiele udało mi się ich zebrać, więc pieniędzy wiele nie zarobiłam. Jeśli do tego dodać całe $100, które zabrałam z Polski, to moja sytuacja finansowa nie przedstawiała się najlepiej. Po ówczesnym kursie $100 to była równowartość £50. Trochę mało, nawet jak na lata 80. ubiegłego wieku.             

W Szkocji poznałam moją późniejszą przyjaciółkę Jolę, która dla mnie i dla moich bliskich jest jak rodzina. We dwie przejadałyśmy i przepijałyśmy wszystkie zarobione pieniądze. Nie zapomnę pierwszego wypadu do supermarketu. Koniecznie chciałam „zasmakować” raju i napić się piwa, z którego słynie Szkocja. Nie wiem tylko, dlaczego zdecydowałyśmy się na piwo „Royal Dutch”, bo to nie jest piwo szkockie, ani z nazwy, ani z pochodzenia. Niemniej szczęśliwe usiadłyśmy z Jolą na murku przed sklepem i otworzyłyśmy swoje pierwsze na szkockiej ziemi puszki piwa. Na całe szczęście w tej małej mieścinie nikt ze stróżów prawa nie zwracał uwagi na osoby, spożywające alkohol na dworze. W Londynie w tamtych czasach sytuacja byłaby nie do pomyślenia. Policjanci byli wszędzie i jeśli zobaczyli kogoś z butelką alkoholu lub kuflem piwa na ulicy, interweniowali natychmiast. Trzeba było wrócić do pubu.   

Blairgowrie było miejscem, gdzie wrony zawracają, więc nikt nikogo tam nie pilnował, a my spokojnie siedziałyśmy na murku i właśnie brałyśmy pierwszy łyk królewskiego napoju. Byłyśmy pełne nadziei, wręcz pewne, że oto zaraz skosztujemy boskiego nektaru. Zetknięcie „Royal Dutch” z naszymi kubkami smakowymi było największym rozczarowaniem w naszym życiu. Niczego tak słabego nigdy wcześniej i nigdy później nie piłyśmy. I warto tu podkreślić, że nie byłyśmy rozkapryszonymi dziewczętami przywykłymi do jadania w ekskluzywnych lokalach, tylko zwykłymi dziewczynami z bloku wschodniego, wychowanymi na polskiej kuchni. Myślę, że gdybym wypiła „Royal Dutch” dziś, po 27 latach od pierwszej wizyty w Szkocji, to poziom rozczarowania  mógłby być o wiele większy. Mogłoby być to niczym Empire State Building, które mój syn ochrzcił Empire State of Disappointment. Było to jego największe rozczarowanie w czasie wizyty w Nowym Jorku. Uważa, że ten „badziew” nie powinien być landmarkiem i Amerykanie chyba sobie żarty robią. Landmarkiem powinien być Chrysler Tower. Dla naszych dzieci rozczarowanie ma zupełnie inny wymiar, dla mnie moje rozczarowanie zamykało się w puszce piwa. Chciałam „zasmakować” Zachodu, a dostałam w sklepie puszkę „sikacza”. 

Mój pierwszy samodzielny wyjazd i chęć poznania „smaku” Zachodu nie skończył się na szkockiej ziemi. Po trzech tygodniach zbierania w deszczu malin powiedziałam farmerowi, że mam już dość i dołączyłam w Londynie do Joli, która tydzień wcześniej po prostu stamtąd uciekła. Zrobiłyśmy to, pomimo że nasz pracodawca mógł zgłosić nasze zniknięcie do Home Office, które zajmuje się, m.in. nielegalnymi imigrantami, a my dostałyśmy wizę tylko dlatego, że miałyśmy pracować na plantacji malin.

A ja „rozsmakowałam się” w Londynie do tego stopnia, że przez dwa następne lata spędzałam tam całe wakacje, a trzy lata po pobycie na Camp Victoria spędziłam w Londynie cały rok. Moja rodzina podziela moją miłość do wysp brytyjskich, na które jeździmy co roku. I do Anglików mam ten sam stosunek, co do moich rodaków. Rozumiem ich, podziwiam ich zalety i wybaczam wady, których mają niemało. Gdy kilka lat temu zostały uziemione wszystkie loty na Heathrow z powodu niewielkiego opadu śniegu, razem z moją koleżanką spędziłyśmy całą noc na lotnisku. Anglicy są opanowani i poukładani tylko wtedy, kiedy wszystko gra. Gdy dzieje się coś nieprzewidzianego, oni się po prostu gubią. Wtedy na Heathrow zapanował taki bałagan, jakby kosmici opanowali Ziemię. Okienko do rebookingu zostało zamknięte, linia telefoniczna została na wszelki wypadek odłączona, nie można też było uzyskać pomocy na stronie internetowej BA. Pasażerowie spali wprost na ziemi, układając ze swoich ciał kolejkę do okienka, które miało być otwarte nazajutrz rano. Mniej niż połowa z tych ludzi zdołała zmienić rezerwację na samolot. Reszta została odesłana z kwitkiem. Gdyby nie moja mama, nie wiem, ile tkwiłybyśmy na londyńskim lotnisku. Ale w końcu się udało dzięki mojej rodzicielce, która użyła „mocnych” argumentów w rozmowie z polskim oddziałem British Airways. Gdy wraz z koleżanką weszłyśmy na pokład samolotu, przemiły steward zapytał nas z uśmiechem od ucha do ucha: „How are you?”, jakby nie miał świadomości, że spędziłyśmy całą noc na lotnisku. Z identycznym uśmiechem odpowiedziałam mu: „We are not OK., thank you” i wszyscy ludzie na pokładzie wraz z załogą wybuchnęli śmiechem. Nasze bagaże zagubiły się, więc ponownie przekonałyśmy się, jak Anglicy potrafią być nierozgarnięci. Moja koleżanka, która w swojej walizce miała nowe ubrania i buty, kupione na wyprzedaży w końcu nie wytrzymała i zadzwoniła do Biura Rzeczy Zaginionych na Heathrow. Przemiła pani poprosiła ją o numer naszego lotu i powiedziała, że nasz samolot jeszcze nie odleciał, ale kiedy już będzie gotowy do odlotu, wtedy walizki zostaną do niego skierowane. I nie mogła pojąć, jak my mogłyśmy przylecieć tydzień wcześniej do Polski, skoro ten lot oczekuje na odlot. Po prostu absolutny odlot Anglików, których i tak uwielbiam.

Od wielu lat bywamy w Londynie, który mój syn zna lepiej niż rodzinną Warszawę. Ale w tym roku pokażę mu Szkocję i miejsca w Londynie, w których mieszkałam. Niech zobaczy, jakie „smaki” wówczas poznałam i niech doceni to, co ma.