Polecam mój nowy artykuł, tym razem o Łazienkach Królewskich w Warszawie. Dziś na stronie Communications Unlimited debiutuje mój syn, który wykonał zdjęcia współczesnego parku. Dzisiejsza publikacja jest jednocześnie dla niego prezentem na 18. urodziny, które obchodzi jutro. Zachęcam do lektury i częstego odwiedzania tej strony. Warta jest polecenia. Życzę miłego wieczoru Emotikon smile
Życie to pokusa
piątek, 18 marca 2016
czwartek, 3 września 2015
Czy można zakochać się w zdjęciu?
Zastanawiam się, jak to
możliwe, że facet oświadcza się kobiecie po trzech dniach znajomości, która właściwie
znajomością nie jest, bo poznali się w wirtualnym świecie. Nie widzieli się na
oczy. Ona mogła zamieścić zdjęcie koleżanki, a on też mógł pożyczyć zdjęcie od
kolegi. I nie poznali się wcale na portalu randkowym, poznali się na stronie,
która nie służy nawiązywaniu intymnych relacji, bo ma charakter biznesowy. Facet tak przyśpieszał rozwój
wypadków, że trzeciego dnia ta biedna kobieta uciekła z krzykiem. Taka sytuacja
przydarzyła się osobie z mojego otoczenia.
Czy można zakochać się w
zdjęciu? Bo chyba nie w osobie na nim. Może nam się ona podobać lub wręcz
przeciwnie, ale czy możemy stwierdzić, że pasujemy do siebie i chcemy spędzić
resztę życia razem. Zastanawiam się, czy facet zwariował, postradał wszystkie
zmysły i jest na najlepszej drodze, na której końcu znajduje się zakład zamknięty.
A może ma złe zamiary lub - wręcz przeciwnie - jest infantylny, bo w życiu nie widziałam większych
bredni wypisanych w kilku mailach?
Internet jest pełny psycholi,
to prawda. Nie jestem zwolenniczką odpowiadania na prywatne maile nieznajomym,
ale rozumiem osobę z mojego otoczenia. Czasami wydaje nam się, że akurat
trafiliśmy na kogoś normalnego, któremu akurat wpadliśmy w oko. Poza tym chcemy
usłyszeć piękne słowa, którymi zasypuje nas nieznajomy. To łechcze naszą próżność,
endorfiny poprawiają nam nastrój i wygląd. I wszystko jest w porządku dopóki
jest to niewinny flirt, ale dobry nastrój kończy się w chwili, kiedy rozmowy
schodzą na temat ślubu i bycia razem do końca życia.
Zastanawiam się, skąd tacy
mężczyźni czerpią natchnienie do wypisywania pseudo-poetyckich elaboratów. Czy są
w Internecie takie strony, na których znaleźć można gotowe teksty w dziale
"Podryw", a ci mężczyźni mogą je skopiować i wkleić? Czy nie zdają
sobie sprawy, że takimi rzewnymi opisami, typu "wiatr rozbija się o ląd i skały, i wydaje dźwięki, które brzmią jak pieśń" mogą sprawić, że kobiecie,
której podobało się zdjęcie odejdzie ochota na cokolwiek, dostanie mdłości i w życiu więcej nie sięgnie po
żadną romantyczną powieść? Być może facet traci rozum, ale chyba jakieś resztki
mu w głowie zostały. W tym przypadku po resztkach ani śladu :)
Kiedyś - w dobie przed
Internetem - przytrafiła mi się sytuacja, że kolega na drugiej randce wyznał mi
miłość. Zachowałam się okropnie, bo roześmiałam mu się prosto w twarz. Nie
można przecież stwierdzić po kilku dniach znajomości, że się kogoś kocha.
Strzała Amora? No, proszę, tylko nie to. Amor ze strzałą stoi sobie grzecznie
na Piccadilly Circus w Londynie i pomimo tłumów, które są tam zawsze jeszcze
nikogo nie ustrzelił. Ale przynajmniej mój kolega widział mnie w realu, nie zakochał
się w zdjęciu profilowym w Internecie. Nie jest zatem pensjonariuszem domu
wariatów. Jest, a raczej pewnie był szalonym młodzieńcem, który "brał"
życie pełnymi garściami. Swoją drogą, był "nieprzywoicie" przystojny, więc potem bardzo
żałowałam nieroztropnego zachowania.
Internet bardzo przyśpieszył
zawieranie znajomości na portalach społecznościowych, ale co innego zawrzeć ją,
a co innego ją skonsumować. No, i sieć nas zbliża, sprawia, że jednym
kliknięciem kontaktujemy się z drugą półkulą, ale czy nasze własne półkule (mózgowe)
dobrze pracują i czy mamy kontakt z rzeczywistością. Należałoby o to zapytać
faceta, który oświadczył się kobiecie po trzech dniach mailowania. Jestem
bardzo ciekawa, jak odpowiedziałby na to pytanie.
środa, 19 sierpnia 2015
Co ma wspólnego piosenka o miłości z uczuciami podatnika do fiskusa?
Już
teraz wiem, że dni są tylko po to,
By
do Ciebie wracać każdą nocą złotą...
"Zawsze tam, gdzie Ty" to - moim zdaniem -
najpiękniejsza piosenka o miłości. „Leci” w radiu, ilekroć jest mi
źle, mam dość wszystkiego i najchętniej na urlop wybrałabym się w kosmos. I
zawsze ta melodia dopada mnie w drodze.
Zakochałam się w tekście tej piosenki pewnej gwieździstej
nocy, kiedy wracałam do domu po bardzo długim dniu pracy. Mieszkam pod
Warszawą, a w drodze do domu jadę wśród łąk, okolonych lasami Chojnowskiego
Parku Krajobrazowego. Była późna noc, na zewnątrz panowała prawie całkowita
ciemność. Nade mną było tylko rozgwieżdżone niebo, a jedyne światła to te z
moich reflektorów. Byłam strasznie zmęczona i droga bardzo mi się dłużyła. W
pewnej chwili grany utwór się skończył i popłynęła cudowna melodia, która
idealnie wkomponowała się w otoczenie. To rozgwieżdżone niebo, tajemnicza
ciemność, idealna cisza nocy i piękne słowa, które płynęły z głośników… Ta szczególna
kombinacja wywarła na mnie duże wrażenie.
Od tamtej pory piosenka „Zawsze tam, gdzie Ty” jest moim
numerem jeden. Choć nie jest to gatunek country, nazywam ją muzyką drogi.
Drugim razem, kiedy w drodze w pewnym sensie dopadła mnie ta piosenka jechałam do Opola
realizować studio festiwalowe. Był 13 czerwca 2007 roku. Tego samego dnia
mieliśmy zrobić relację z przygotowań do festiwalu. Zadzwonił telefon i w
słuchawce usłyszałam smutną wiadomość. Zmarł Jacek Skubikowski, autor
najpiękniejszego tekstu o miłości, tej właśnie piosenki. W popołudniowej relacji pokazaliśmy teledysk. W ten sposób chcieliśmy go pożegnać.
Dziś rano jechałam do Urzędu Skarbowego. Brzmi strasznie? No,
właśnie. Nie mam absolutnie nic na sumieniu, ale kontakt z fiskusem nie należy
do najprzyjemniejszych chwil w życiu podatnika. Do tego ten urzędniczy
labirynt, do złudzenia przypominający fabułę powieści „Zamek” Franza Kafki.
Byłam nieszczęśliwa, niewyspana i nie wiedziałam, co mnie czeka. Mniej więcej w
połowie drogi usłyszałam znajome dźwięki i słowa: „Nie pytaj mnie o jutro - to
za tysiąc lat”. Uspokoiłam się, a po dojechaniu do celu okazało się, że nie
muszę stawiać się osobiście w urzędzie. Taką informację mam na dzień
dzisiejszy. Nie wiadomo, co przyniesie jutro, ale „jutro – to za tysiąc lat”,
więc może będzie dobrze.
Tekst powstał na parkingu przed Urzędem Skarbowym w
Piasecznie
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Moja własna "kapsuła czasu"
Jak to jest, że jedne rzeczy pamiętamy z najmniejszymi szczegółami, a inne wymazujemy z pamięci i to dość dokładnie?
Ostatnio szukałam bardzo ważnego dokumentu, szukałam go wszędzie. Przejrzałam wszystkie półki, głębokie szuflady. Nigdzie ani śladu. Wreszcie moja mama pokazała mi przedwojenną walizkę mojej cioci, taką drewnianą, wykładaną materiałem. Nie miałam ochoty do niej zaglądać, bo poszukiwania były tak męczące, że zaczęło kręcić mi się w głowie. Ale nie miałam też innego wyjścia. Dokument potrzebny był mi na rano, bo właśnie wtedy musiałam stawić się w pewnym ważnym urzędzie. Z dokumentem, który dostał "kamfory".
Otworzyłam walizkę i gdy podniosłam drewniane wieko, ujrzałam mnóstwo listów, dokumentów, pocztówek, folderów z podróży. Zawartość to było całe moje dzieciństwo i młodość aż do studiów. I całkowicie niezrozumiałe jest dla mnie to, że pamiętam chwile, kiedy koleżanki i koledzy wpisywali mi się do tego oto pamiętnika...
... a nie pamiętam, że pracowałam w czasie studiów w redakcji jednej z gazet. Tytułu nie będę podawać, ale jedynie powiem, że nie była to "Trybuna ludu", ani "Przyjaciółka", choć nakładu tej ostatniej chyba nie przebiło żadne późniejsze czasopismo. Takie to były wtedy czasy. Monopol prasy drukowanej i mediów elektronicznych. Nikt nie mierzył oglądalności tak, jak to się dzieje dzisiaj.
Gorsze jest to, że moja mama pamiętała, że ja tam pracowałam, a jest ode mnie trochę starsza. Czyżby pamięć do wymiany? Moja, oczywiście. Za mało gigabajtów? :) A może tak bardzo wsiąkłam w mój świat, w którym tkwię od 24 lat, że zapomniałam kompletnie o tym, co było kiedyś.
Moja przedwojenna walizka jest niczym "kapsuła czasu", z tą różnicą, że nie była zakopana w ogrodzie pod starą jabłonką, a informacje w niej zawarte są - póki co - dla mnie, a nie dla przyszłych pokoleń.
Wpisy do pamiętnika są naprawdę słodkie. Ten powyżej jest autorstwa mojej szkolnej przyjaciółki, z którą - oczywiście - siedziałam w jednej ławce. Dziś Aneta jest utalentowaną skrzypaczką Polskiej Orkiestry Radiowej.
Jest dużo różnych przedmiotów. Bardzo ucieszyło mnie to znalezisko - stare listy.
W tym roku po raz pierwszy od 24 lat byłam na East Endzie w Londynie. Miałam ochotę pokazać mojemu synowi, w jak trudnych warunkach mieszkałam tam w czasach studenckich. Chciałam, by docenił dobrobyt, w którym dorasta. Niestety mój sprytny plan diabli wzięli, bowiem tuż po wyjściu ze stacji na Stockwell natrafiliśmy na luksusową limuzynę. Mój syn powiedział zgryźliwie: "No, tak bardzo Ci współczuję klepania biedy w luksusie" i stwierdził, że mi nie wierzy, że kiedyś było tam inaczej.
Stockwell - dzielnica kontrastów. Te dwa budynki sąsiadują ze sobą,
Znalezione listy to istna kopalnia wiedzy. W tym roku biegałam wokół, przypominając sobie, w którym budynku mieszkałam. W przyszłym roku pojadę tam z konkretnymi adresami i użyję mapy, nie londyńskiej "A-Z", tylko Google`a. Mam nadzieję, że doprowadzi mnie na miejsce.
W przedwojennej walizce znalazłam też o wiele cenniejszą rzecz, która dała mi wiele radości. Warto zaglądać w takie miejsca. Nie dość, że podróże sentymentalne w pewnym wieku są bardzo przyjemne, to jeszcze można znaleźć odpowiedź na wiele pytań.
piątek, 24 lipca 2015
Wrzucam pół funta do puszki i cofam się w czasie
Szkocka
pogoda – pogoda w szkocką kratkę. Siedzimy dziś w domu, bo za oknem wciąż pada.
Czekamy na wyjście słońca, bo choć jest 18.30, to jeszcze nic straconego, na
Hebrydach Zewnętrznych promienie słoneczne mogą pojawić się dopiero wieczorem.
Wczoraj pogoda na wyspie Lewis była podobna, a słońce pojawiło się ok. 21.00,
by pięknie zajść, ale widno było do północy – „białe noce”.
Dwa
dni temu kupiłam sobie książkę za 50 pensów. W supermarkecie Co-Op były do
wzięcia używane „tytuły” za datek nie mniejszy niż pół funta. Zastanawiałam
się, ile dać, ale stwierdziłam, że dam tyle, ile dałabym wtedy, kiedy byłam
biedną studentką z Polski, która na wakacje przyjechała do Szkocji. To było
lato 1988 roku. Padało tak samo, jak teraz, a nawet bardziej, bo w Blairgowrie
and Rattray słońce nie wyszło przez 3 tygodnie ani razu, nawet na ułamek
sekundy. Wraz z moją przyjaciółką Jolą zbierałyśmy maliny w okropnym deszczu
codziennie przez 7 dni w tygodniu, a te grosze, które zarabiałyśmy na farmie
przepijałyśmy w pobliskim pubie. Barman był – oczywiście – Szkotem, wymowę miał
miejscową. Gdy za pierwszym razem zapytał mnie „Are you eighteen?”, ja
zrozumiałam „Are you eating?” i wyszło nieporozumienie. O mało nie odmówił mi
sprzedaży piwa, ponieważ usłyszał ode mnie, że nie będę jeść. Jola w porę mi
uświadomiła, że on pyta o wiek. Szybko powiedziałam” „Ależ tak, będę jadła”, a
on zrozumiał, że jednak mam te 18 lat. Musiałam jednak pokazać paszport
(niestety wyglądałam na osobę młodszą) i wtedy dostałam pintę laghera (?). Pysznego!
W tym pubie były w sprzedaży używane książki za 20 p., akurat na moją kieszeń.
Przywiozłam stamtąd kilka do Polski. Przez wiele lat nie kupowałam książek,
które nie byłyby nowe, ale kiedy przedwczoraj zobaczyłam przy wyjściu z
supermarketu stojak pełen różnej literatury: od dziecięcej do specjalistycznej,
nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności cofnięcia się w czasie i wzięłam
jedną z nich. Naprawdę poczułam się, jak 27 lat temu.
Myślę,
że taka podróż w czasie dobrze zrobi i mnie, i mojemu synowi. Po powrocie do
Londynu pokażę mu, gdzie kiedyś mieszkałam. Nie pamiętam dokładnie adresów, ale
pokażę mu dzielnice, w których wtedy mieszkała straszna biedota, czarnoskórzy,
no i ja. Miejsca te mieściły się w drugiej strefie, czyli w miarę w centrum
Londynu (wtedy było pięć stref, dziś jest dziewięć), ale przeskok cywilizacyjny
między miejscem, gdzie mieszkała rodzina królewska i lordowie a tym, gdzie
„wegetowali” zwykli zjadacze chleba, mniejszości narodowe i council people
(ludzie na zasiłku) – przeogromny. Kiedy
wracało się spod Pałacu Buckingham, z Westminsteru, The Mall, czy np. Notting
Hill, to na Stockwell, Peckham, czy Brixton czuło się, jak w nowojorskim
Harlemie i na Bronxie. Harlem i Bronx to dziś modne i spokojne okolice. Czy
równie spokojne i zupełnie odmienione okażą się dzielnice, w których ja
mieszkałam w latach 80. ubiegłego stulecia? Zobaczymy już za kilka dni.
"W czasie deszczu dzieci się nudzą"
sobota, 20 czerwca 2015
Zanim zapłacisz karę, dobrze obejrzyj mandat!
Dziś byłam u dentysty dwa
razy. I wcale nie oznacza to, że tak dużo dentysta miał do zrobienia. Ja po
prostu pomyliłam godziny i za wcześnie przyjechałam. Ponieważ musiałabym na
ciasnym korytarzu czekać godzinę, postanowiłam wykorzystać ten czas i pojechać
do Leclerca. Gdy załadowałam zakupy do samochodu, zobaczyłam, że za wycieraczką
wsadzony jest mandat od Zarządu Dróg Miejskich. Ktoś wetknął go tak, by nie
wypadł. Nie widziałam go wcześniej, a raczej nie złamałam przepisów, parkując pod
hipermarketem. Musieli mi go wypisać pod gabinetem stomatologicznym. I zrobili
to najwyraźniej błyskawicznie, bo ja w tym gabinecie byłam zaledwie 5 min. No,
trudno - pomyślałam - widocznie nie powinnam tam parkować, zapłacę te 50 zł.
kary i zapomnę o sprawie. Po południu weszłam na konto bankowe online, żeby przelać
Zarządowi Dróg Miejskich pieniądze. Wyjęłam mandat z plastikowej torebki, żeby
sprawdzić numer, na który powinny trafić pieniądze. Pierwsza rzecz, która
rzuciła mi się w oczy to był tytuł "Dokument Opłaty Dodatkowej" i
poniżej wyjaśnienie, że nie uiściłam opłaty za parkowanie. Tak się składa, że w
miejscu, w którym zostawiłam samochód nie ma żadnych parkomatów. Zaczęłam
uważnie studiować ten dokument, choć szczerze mówiąc, w pierwszym momencie
pomyślałam, że strażnicy miejscy może nie mieli odpowiednich druków, czy też
terminali, które im służą do wypisywania nam mandatów i stąd niewłaściwy tytuł.
Druga informacja, która się nie zgadzała to rejon parkomatu - podano ul.
Koszykową. Nie zgadzały się również: data i godzina parkowania oraz przede
wszystkim numer rejestracyjny, na który zwróciłam uwagę na samym końcu, bo z
góry założyłam, że to ja złamałam przepisy i powinnam ponieść karę. Jedyne, co
się zgadzało, to marka pojazdu. I ja, i tamta osoba jeździmy Volkswagenem.
Zastanawiam się, kto i po co
wetknął mi za wycieraczkę swój mandat i dochodzę do wniosku, że ten ktoś liczył
na to, że nie wczytując się będę chciała
zapłacić karę i mieć to z głowy. Ale się przeliczył. Kierowcę pojazdu o
numerze, który widnieje u dołu informuję, że nie zapłaciłam i nie zapłacę, więc
na wszelki wypadek załączam mandat, bo może jakimś trafem cwany właściciel
samochodu trafi na mój post i będzie mógł spisać numer konta, który widnieje na
mandacie.
Ze wszystkiego należy
wyciągnąć nauczkę, więc ja teraz już wiem, że zanim cokolwiek zrobię, dokładnie
przeczytam, za co jestem ukarana. Ja żyję w dużym pędzie, więc wiele rzeczy
robię w pośpiechu. Ale koniec z tym! Jak mawia moja mama: "Pośpiech jest
wskazany przy łapaniu much".
środa, 10 czerwca 2015
Ułańska fantazja zmieszana z homo balcanicus
Był
rok 1990 lub 1991, dokładnie nie pamiętam. Rok później miała wybuchnąć wojna w
Bośni i Hercegowinie, ale wtedy – na przełomie dwóch dekad – nic nie wskazywało
na to, że w tak krótkim czasie dojdzie do najbardziej krwawego w Europie konfliktu XX
wieku od zakończenia II wojny światowej.
To
były czasy moich studiów, beztroskich lat, szalonych pomysłów i wędrówek z plecakiem
w nieznane. Przyjaźniłam się wtedy z koleżanką z roku, pół-Serbką, pół-Polką.
Jej tata był pod koniec lat 60. ambasadorem Jugosławii w Polsce, tu poznał jej
mamę i z tego związku przyszła na świat Ania. Wydarzenia 1968 roku spowodowały
odwołanie ambasadora ze stanowiska. Malutka Ania została z babcią, a jej
rodzice wyjechali do Jugosławii. Nie widziała ani mamy, ani taty przez 5
pierwszych lat swojego życia. Do babci mówiła ”mamo”, a biologiczną mamę, która
po nią przyjechała w 1973 roku nazywała „ciocią”. Brak więzów, które w wyniku
długiej rozłąki nie wykształciły się między nimi doskwierały im bardzo długo.
Ania po wielu latach wróciła do Polski jako studentka zagraniczna i razem z
nami studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.
Zawsze
była szalona, jej charakter to był mix polsko-bałkański. Ułańska fantazja
zmieszana z homo balcanicus. Pewnego dnia stwierdziła, że mamy wolne dwa
tygodnie, więc zabiera mnie i naszego kolegę z Instytutu Dziennikarstwa do domu
rodzinnego w Belgradzie. To nie był jeszcze czas telefonów komórkowych, ale
telefony stacjonarne istniały w naszym kraju i można było się dodzwonić
zagranicę. Ania zawsze dzwoniła z urzędu pocztowego na rogu Marszałkowskiej i
Świętokrzyskiej, bo w akademiku nie miała takich możliwości. Razem z Piotrem
uznaliśmy, że przyjaciółka powiadomiła rodziców o naszym przyjeździe i
spokojnie zaczęliśmy się szykować do podróży.
To
był naprawdę szalony wyjazd. Dojechaliśmy pociągiem do Budapesztu, a stamtąd
wyruszyliśmy autostopem. Ania roztaczała przed nami wizje cudownej Jugosławii,
zawsze „skąpanej” w słońcu, w której deszcz pada sporadycznie i raczej przez
przypadek. W jej opowieściach Jugosławia była rajem, miejscem kompletnie różnym
od Polski. Łatwo w to uwierzyliśmy, bo tuż po „przewrotce” Polska nie od razu stała
się metropolią europejską. Wtedy jeszcze ulice był szaro-bure, tylko my Polacy
zawsze byliśmy „kolorowymi ptakami”, bo taką mamy duszę.
Złapaliśmy
na stopa samochód, który był trochę „rzęchem”, ale kierowca zdeklarował się, że
dowiezie nas do Belgradu. Jechaliśmy przez Wojwodinę, która tak naprawdę jest
osuszonym dnem morskim. W tym miejscu w prehistorycznych czasach było morze.
Pamiętam ją jako płaską jak deskę równinę, dno morskie musiało być wyjątkowo
równe. Jak wiemy, dno najczęściej nie jest równe, a to stanowiło odstępstwo od
reguły.
Piotr
bardzo przytomnie zabrał ze sobą mapę Jugosławii, którą bardzo "namiętnie"
studiował przez całą drogę. Na całe szczęście, bo w ten sposób zorientował się,
że kierowca nie jedzie wcale w kierunku Belgradu, tylko w kompletnie inną
stronę. Powinniśmy od razu zorientować się, że coś jest nie tak. Wygląd tego
człowieka powinien nas zastanowić: złote zęby, częściowy brak uzębienia
przedniego, złote łańcuchy. Po prostu postać z filmów Kusturicy. Zażądaliśmy,
żeby się zatrzymał przy stacji kolejowej. On nie bardzo się do tego „palił”,
ale Ania go zbeształa po serbsku i to podziałało. Wyszliśmy z rzęcha i
zobaczyliśmy przed nami stacyjkę kolejową, „żywcem” wyjętą z filmu „Skrzypek na
dachu”. To jeden z ukochanych moich filmów, który mogę oglądać w
nieskończoność. Drugim moim ukochanym filmem jest „Hair” Milosa Formana.
Pamiętacie
scenę, w której Tewje Mleczarz żegna swoją córkę Chawę, bo ta wyjeżdża do
swojego rosyjskiego chłopaka Fiedki? Odprowadza ją na stację, na której są
tory, które nie wystają z ziemi oraz wiata, zbita z kilku desek. Przed taką
samą stacją my wtedy staliśmy. Żadnego dróżnika, szlabanu, znaku. Stacyjka
„wyjęta” ze „Skrzypka”. Wiele scen kręcono w Zagrzebiu, stąd pewnie
podobieństwo.
Co
prawda przy stacyjce powinno być ostrzeżenie, że „Tu wrony zawracają”, ale
pociąg się zatrzymał i mogliśmy do niego wsiąść. Belgrad przywitał nas deszczem,
co nas bardzo ubawiło, bo przecież Jugosławia miała być „skąpana” w słońcu, a
deszcz miał tam padać sporadycznie. Równie „miłe” było powitanie w rodzinnym domu
Ani. Jej mama, nasza rodaczka o duszy słowiańskiej ucieszyła się na nasz widok.
Mogła wreszcie porozmawiać z kimś po polsku, ale tata urządził Ani awanturę.
Okazało się, że nie zawiadomiła ona rodziców o naszym przyjeździe. W latach 90.
w Jugosławii wyczuwało się obyczajowy konserwatyzm, obowiązywały normy zachowań
z poprzedniego stulecia. Nie mogłyśmy same pójść do kawiarni. Gdy do jednej z
nich weszłyśmy bez Piotra, zostałyśmy „zabite” wzrokiem. Kilkunastu mężczyzn
spojrzało na nas równocześnie, a ich wzrok jakby pytał „A Wy tu co?”. Fatalne
uczucie, ale taki wybryk był niczym przy numerze, który wykonała Ania,
przywożąc kolegę ze studiów do rodzinnego domu. Myślałam, że ojciec ją zabije.
Muszę przy tym wspomnieć, że był on prawdziwym Czarnogórcem, impulsywnym,
niezbyt dobrze wychowanym, który uważał, że wszystko mu się należy, bo jest
dyplomatą. Ciężki miała Ania z nim żywot, oj, ciężki. Następnego dnia po naszym
przyjeździe stwierdził, że mamy obowiązek zameldować się tymczasowo i wysłał
nas na komendę milicji. Przy okazji wstąpiliśmy z Anią na pocztę i do kilku
sklepów, i wszędzie tam wisiały na ścianach portrety Josipa Broz Tity, który od
10 lat już nie żył, a jednak kult jednostki był tam tak silny.
Brak
więzów między mamą a córką dał się wyczuć nie raz, choćby w tak głupiej
sytuacji. Ania miała wyskoczyć do sklepu
po gotowe ciasto na roladę. To było surowe ciasto jugosłowiańskie (tak je
nazywali) przeznaczone do wypieku rolad. Naprawdę pysznych! Podczas jej
nieobecności w domu przed budynkiem doszło do wypadku. I jak zareagowała jej
mama, gdy wróciła? Powiedziała: „A coś Ty znowu zrobiła?” - tak, jakby to ona ten wypadek spowodowała.
Zwiedziliśmy
cały Belgrad. Widzieliśmy, w jakiej symbiozie żyją różne mniejszości narodowe i
uwierzyliśmy Ani, że ich przedstawiciele są w stanie się dogadać. Byliśmy pod
wrażeniem. Często spotykaliśmy małżeństwa mieszane, uśmiechniętych ludzi. Pół
roku później gościłam w moim rodzinnym domu Anię z rodzicami. Wtedy już
rozmawialiśmy o tym, że na Bałkanach zaczyna się źle dziać. Byłam w szoku. Utkwiło mi w pamięci zdanie jej mamy, która
powiedziała, że mieszkańcy Jugosławii nie będą do siebie strzelać. Oni wyciągną
z kufrów maczety i zaczną się wyrzynać. To straszne, ale jej słowa – jak wiemy –
ziściły się. Sąsiedzi rodziców Ani, których przez dwa tygodnie spotykałam w
windzie i na klatce schodowej pozabijali się nawzajem. Mąż dźgnął nożem żonę …
w wieżowcu na osiedlu w dzielnicy Novi Beograd. W nowoczesnym budownictwie doszło
do mordu na tle narodowościowym. Kiedy o tym czasami pomyślę, to nadal nie mieści
mi się w głowie, że do tego doszło. Wojna trwała 3 lata i objęła swym zasięgiem
nie tylko Bośnię i Hercegowinę. W tym czasie zdążyłam skończyć studia i podjąć
pracę w TVP S.A. Jako wydawca Jedynki nie raz miałam długie dyżury, bo np.
obawiano się nalotu na Sarajewo w związku z koncertami na całym świecie, które
były aktem solidarności z cywilami, narażonymi na skutki wojny. Siedziałam
wtedy w reżyserce, oglądałam doniesienia i włos mi się na głowie jeżył, bo
przecież nie tak dawno było tam normalnie, przynajmniej turyści nie odczuwali
zagrożenia i w bardzo krótkim czasie pokój się skończył. Teraz gdy patrzę na
tamte wydarzenia z perspektywy czasu, to widzę, że w Jugosławii zaczęło się
psuć o wiele wcześniej, ale wtedy w 1990 lub 1991 roku czuliśmy się tam
bezpiecznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
